Aktualności, wieści z plenerów, najnowsze zdjęcia, relacje z wypraw, trochę techniki. Zapraszam do częstego zaglądania.
Home » Aktualności » Podróże » Islandia » Jesienna Islandia (VII) – koniec
20
Lut

Jesienna Islandia (VII) – koniec

Kiedy nasyciliśmy się zorzą postanowiliśmy zmienić nieco okolice. Zakładaliśmy, że nad laguną rozbłyśnie na nowo. Chcieliśmy również poszukać jakiś innych plenerów, które dzień wcześniej wypatrywaliśmy z drogi.
Pojechaliśmy zatem. Nad laguną – nic się nie działo. Zaczęły natomiast nadchodzić lekkie chmurki. Postanowiliśmy sobie już dać spokój i znaleźć miejsce na nocleg. Pamiętaliśmy o takiej większej, osłoniętej zatoczce już za laguną w kierunku Hofn. Zerwał się lekki wiaterek i zapowiadał się lekki mróz. Po kilkunastu minutach znaleźliśmy to miejsce. Właśnie ktoś taki jak my gonił tam zorze polarne. Przyjazd czterech gości ze statywami w nocy okazał się jednak zbyt silnym przeżyciem dla tej osoby i po chwili zostaliśmy sami.

Trochę czasu zajęło nam znalezienie płaskiego kawałka ziemi. Ostatecznie udało nam się postawić namiot – nie stał wcale prosto. Przedostatnią noc postanowiłem spędzić w samochodzie – jakoś nie uśmiechało mi się spać w namiocie tym razem. Jeszcze kilka nocnych zdjęć dla zamknięcia tego dnia i siup – po chwili leżałem w śpiworze otoczony mnóstwem wychładzającego się metalu i plastiku.

Noc nie należała do tych najprzyjemniejszych. Nie mogłem się wyprostować w samochodzie i obudziłem się lekko pokrzywiony.

Przedostatni dzień na Islandii powitał nas … nieciekawą pogodą. Po nocnych fajerwerkach przyszło ciemne, niskie i szare. Niebo. Na horyzoncie nie widać nawet kawałeczka łuny zapowiadającej wschód słońca. Wszystko przykrywa kołdra grubych chmur. Nie zmieniło to jednak naszych planów. Wstaliśmy z ciężkim sercem i bez pośpiechu pojechaliśmy nad lagunę. Tym razem było trochę osób – zarówno indywidualistów jak i grup. Każdy jednak znalazł dla siebie kawałek plaży.

A na te aż po horyzont ciągnęły się duże kawałki białego i niebieskiego lodu. Fala była umiarkowana. Nie było szans na utonięcie, ale na stratę sprzętu – i owszem. Jak zwykle trzeba było zatem uważać.
Ze względu na brak światła wszystko początkowo epatowało niebieskością, aby coraz później przechodzić w szarości.

I znów wynajdowanie kadrów. I tak kilkadziesiąt minut.

_MG_0307

_MG_0343

_MG_0335

_MG_0325

_MG_0314

_MG_0269

Aż w pewnym momencie zaczął padać śnieg. Takie kuleczki, granulat. Na czarnym śniegu wyglądał wspaniale, szczególnie gdy otaczał kawałki lodu. Postanowiłem zatem zmienić obiekt mojego zainteresowania. Ale … innego zdania był mój aparat. Odmówił posłuszeństwa. Robiłem radośnie zdjęcie, kiedy usłyszałem jakiś stuk i aparat wyłączył się. Nie pomogła reanimacja. Wymiana baterii też nie. Po prostu koniec. Ekran był ciemny i nic nie działało. Zakląłem w duchu. Wizja wysyłania sprzętu do naprawy nie napawała optymizmem. Ale o to będziemy się martwić później. Na szczęście miałem w plecaku analogową Mamiyę i czym prędzej przełączyłem się na slajd.

img-8000ED-48

img-8000ED-29

Po zdjęciach zjedliśmy późne śniadanie i ruszyliśmy w kierunku Rejkiaviku. Z samego rana mieliśmy bowiem lot do domu, a droga była całkiem długa. Chcielismy jeszcze zaczepić o Vik.

Jak tylko ruszyliśmy, to z ołowianych chmur zaczął padać deszcz. I tak padał do samego Vik. W Vik zrobiliśmy drobne zakupy pamiątek i ruszyliśmy pod iglice. Nadal padało. O dziwo mój aparat zmartwychwstał i nie okazywał jakichkolwiek oznak niedawnych problemów. Zostałem już jednak przy slajdach. Strasznie się natrudziłem i uzyskałem – mroczne efekty :-).

img-8000ED-46

Warunki w zasadzie były mocno niefotogeniczne ruszyliśmy zatem czym prędzej do Keflaviku do hotelu Berg, gdzie czekały na nas wygody cywilizacji.

Reszta niech zostanie milczeniem :-).

Następnego dnia o świcie wylecieliśmy do Berlina, a stamtąd dotarliśmy do naszych domów. Kolejny wyjazd na Islandię stał się już historią. Było warto.

Dziękuję mojej ukochanej Żonie za zgodę na wyjazd, wsparcie i zajęcie się chłopcami przez cały ten czas!
Chłopakom dziękuję za towarzystwo i wspólne poszukiwanie światła.

3 Responses to "Jesienna Islandia (VII) – koniec"

Add Comment
  1. Waldemar Szaniawski

    20 lutego 2016 at 21:34

    Łukasz analog rzadko zawodzi ;)) Łukasz wiesz co? Jak masz trudno, bardziej szukasz a jak szukasz to wychodzisz ze schematów. A jak wychodzisz ze schematów to….. robisz ciekawe zdjęcia ;)) Pozdrawiam.

    Odpowiedz
    • Łukasz

      21 lutego 2016 at 15:38

      Fakt, analog mnie jeszcze nigdy nie zawiódł. Raz tylko na Nowej Zelandii padły mi wszystkie trzy aparaty analogowe: 2x Minolta i 1x Mamiya. Ale o był czynnik ludzki, gdyż moją Żona je zaczarowała za karę :-).
      A co do schematów, to pewnie masz racę, ale przy cyfrze też się staram robić mniej oczywiste zdjęcia. Wczoraj kupiłem 10 rolek slajdów na zbliżający się wyjazd :).

      Odpowiedz
  2. Barbara

    22 lutego 2016 at 01:49

    mroczne fotograficzne zakończenie wyprawy byłoby świetną ilustracją dla tolkienowskiego Mordoru. Aparat po prostu wystraszył się , bo cyfra wydaje się być bardziej wrażliwa od analogu. Analog daje radę. Zdjęcia piękne.

    Odpowiedz

Odpowiedz na „ŁukaszAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

© 2018 Łukasz Kuczkowski | Zaloguj się | Polityka prywatności