Aktualności, wieści z plenerów, najnowsze zdjęcia, relacje z wypraw, trochę techniki. Zapraszam do częstego zaglądania.
Home » Aktualności » Podróże » Zimowa Islandia – znowu w drodze (1/6)
01
Kwi

Zimowa Islandia – znowu w drodze (1/6)

Dzień pierwszy
Środa, 19 marca 2014 roku.

Samolot miałem o 6.15. Rano. Nie spałem dobrze. Ciągle się budziłem i sprawdzałem zegarek. Czy aby nie zaspałem. Wreszcie, gdy przyszła godzina pobudki – 4.30 – byłem lekko nieprzytomny. A czekał mnie dzisiaj niezły wyczyn: dotarcie na Islandię i co najmniej 5 godzin za kierownicą.

Wszystko już było spakowane dzień wcześniej i czekało karnie przy drzwiach. Żona zrobiła mi niesamowitą niespodziankę – dołączyła bowiem do mnie na porannej kawie. Jeszcze całusy dla śpiących Chłopaków, pożegnanie z Żoną i już siedziałem w taksówce. Towarzyszyła mi wielka walizka i fotograficzny plecak. Łącznie ok. 35 kg sprzętu. Na 6 dni. Nieźle.

Lot do Kopenhagi był krótki. Poprosiłem o miejsce przy wyjściu awaryjnym stąd mogłem korzystać z większej przestrzeni na nogi. Zawsze wybieram takie miejsce ilekroć jest to możliwe.

W Kopenhadze następny lot miałem dopiero za 6 godzin. Strasznie dużo czasu. Wylądowałem o 7.30, stąd od razu udałem się na śniadanie. Jest taka fajna knajpka na lotnisku – „La Sommelier”. Można tam zjeść fantastyczne śniadania. Pokrzepiwszy się nieco, udałem się na zwiedzanie lotniska i planowanie powrotnych zakupów. W Kopenhadze jest kilka sklepów. Tych, które mnie jednak najbardziej interesują jest niewiele.

Czas na lotnisku mijał szybko. Przyczyniała się do tego szwedzka powieść kryminalna załadowana do Kindla oraz materiały na strategic managment na moich studiach, które zabrałem ze sobą na Islandię :-).

Wreszcie przyszedł czas na boarding. Samolot okazał się w połowie pusty. Mogłem się zatem cieszyć aż dwoma miejscami obok wolnymi. Istny raj. Czułem już narastające napięcie. Niedługo znowu stanę na islandzkiej ziemi. Tym razem w zimie. Oby tylko nie padało.

Z lekkim spóźnieniem dotarłem ostatecznie do Keflaviku na Islandii. Wyspa przywitała mnie słońcem i silnym wiatrem. Leżało też trochę śniegu już koło lotniska. Jeszcze kilka nerwowych chwil przy taśmie bagażowej (pojawi się czy też nie pojawi) i po chwili witałem się z Marcinem Zagórskim, który przyleciał ciut wcześniej z Manchesteru.

Nie tracąc ani chwili udajemy się od razu do wypożyczalni samochodu. Mamy szczęście – przed nami w biurze Budget jest tylko jedna osoba. Obok u Avis-a stoi ok. 6 osób. A nam spieszno, gdyż o 19.30 mamy zachód słońca, który chcemy zobaczyć w Vik. A to dobre 2,5h jazdy samochodem.

Formalności poszły szybko. Ale tutaj pojawia się pierwsze zaskoczenie. Nie otrzymujemy Skody kombi ale Hyundai IX35. Mamy wątpliwości, czy w takim samochodzie będziemy mogli spać po rozłożeniu tylnych siedzeń. Skody nie mają. Idę na rekonesans. Trochę trwa nim znajduję nasz samochód. To typowy Suv z wysokim zawieszeniem. Miejsce z tyłu jest, ale na pewno nie tyle ile w kombi. Nie mamy wyjścia. Targujemy jeszcze jakieś bonusy – miał być hotspot w samochodzie, ale ostatecznie stanęło na gps-ie. W międzyczasie pojawia się Kia kombi, ale już jesteśmy zdecydowani na Hyundaia.

Pakujemy walizki do samochodu. Jeszcze chwila napięcia przed uruchomieniem samochodu – tyle tutaj nowych rzeczy. Przypominam się jak się jeździ automatem i w drogę. Cała zabawa z samochodem zajęła nam godzinę. Już wiemy, że nie mamy szans na dotarcie do Vik.

Na pierwszej stacji kupujemy jeszcze wodę do picia (później będziemy korzystali z butelek) oraz gaz do naszej maszynki.

Początkowo warunki na drogach są wyśmienite. Kilkanaście kilometrów za Rejkiawikiem pojawia się jednak pierwszy śnieg i lód na drogach. Wiatr ostro zacina. Tworzą się zaspy. Tak jest aż do przekroczenia przełęczy – bagatela tylko 300 metrów nad poziomem morza, ale warunki typowo zimowe. I czarny asfalt rzadko wygląda spod warstwy śniegu.

W samochodzie prowadzimy oczywiście rozmowy. Marcina poznałem osobiście na festiwalu Wizje Natury, wcześniej „znaliśmy się” w sieci. Mamy więc dużo do omówienia. Najważniejsza rzecz to zmiana planu. Warunki drogowe na północy są tragiczne. Droga 1-ka jest bardzo często nieprzejezdna. Nie ma zatem szans na dotarcie do wodospadów. Jeszcze przed wyjazdem uznaliśmy zatem, że skoncentrujemy się na południowym wybrzeżu oraz półwyspie Snaefellsness. To i tak zapowiadało mnóstwo atrakcyjnych miejsc.

Tuż przed zachodem słońca docieramy do wodospadu Seljalandsfoss położonego niedaleko Vik. Niebo jest ołowiane i przez grubą warstwę chmur nie przebija się żaden promyk słońca. Po śniegu nie ma prawie wcale śladu. Jedynie wokół wodospadu trochę się go utrzymało. Jest to znany wodospad – pięknie się prezentuje właśnie o zachodzi słońca, kiedy ciepłe, złote światło potrafi oświetlić spadającą kurtynę wody. Można również wejść za wodospad i cieszyć się całkowicie inną perspektywą. Dzisiaj jest jednak szaro i ponuro. Robimy kilka zdjęć – raczej pamiątkowych. Do relacji będzie jednak jak znalazł.


Fotografowanie wysokich wodospadów nie jest wcale takie proste. po pierwsze bardzo często przeszkadza woda niesiona wiatrem. W konsekwencji trudno się zbliżyć do wodospadu. Pomocny może tutaj być odpowiedni wiatr. Po drugie – u góry wodospadu nie ma najczęściej nic. Puste niebo. Jeśli zagrają fajne chmury – to dobrze. Jeśli jednak niebo jest zachmurzone lub wściekle niebieskie – tym gorzej. Osobiście lubię w wodospadach detal.

Jedziemy dalej. Widzimy jeszcze z drogi wodospad Systrafoss i Skógafoss. Ale warunki są nieciekawe. Robi się coraz później. Tankujemy na stacji paliwo i jedziemy dalej. Naszym celem jest dzisiaj laguna Jökulsárlón.

Wreszcie, około 23. docieramy na miejsce. Samochód parkuję niedaleko mostu. Słychać już szum fal. Zacina deszcz ze śniegiem. Czas przygotować się do snu. Składamy siedzenia, walizki lądują na przednich fotelach, pompujemy materace. Na jetboilu gotuje się woda. Po chwili cieszymy się gorącym posiłkiem. Otwarta klapa bagażnika zapewnia dopływ świeżego powietrza. Wokół nie ma nikogo. Kapie deszcz. Już czuję tą wielką przygodę, która czeka na nas za mostem. Dosłownie. Planujemy następny dzień. Wreszcie przychodzi czas na sen. Gdy podkurczę nogi, to się mieszczę na “łóżko”. Marcin jest trochę niższy, to ma w tym przypadku lepiej. Pech chciał, że samochód zaparkowałem lekko na górce i zsuwamy się w dół. Jutro będzie trzeba o tym pomyśleć.

Kolejna część relacji jest dostępna tutaj.

Submit a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

© 2016 Łukasz Kuczkowski | Zaloguj się | Odwiedzin: