Aktualności, wieści z plenerów, najnowsze zdjęcia, relacje z wypraw, trochę techniki. Zapraszam do częstego zaglądania.
Home » Aktualności » Podróże » Zimowa Islandia – w górach (4/6)
26
Cze

Zimowa Islandia – w górach (4/6)

Dzień czwarty zimowej wyprawy na Islandię.
22 marca, sobota

Trudno nam było wstać z miękkich i wygodnych łóżek. Ale nie było zmiłuj się. Po kilkuminutowym marudzeniu byliśmy gotowi do drogi. Na dworze zimno, ciemno i złowrogo. Nie ma to jak mieszkać w cieniu potężnej góry.

Wskakujemy do zimnego auta i w drogę. Mamy kilkadziesiąt kilometrów do pokonania. Droga jest jednak pusta (pomimo tego, iż jest to główna arteria kraju) i jedzie się bardzo wygodnie. Hyundai bardzo dobrze trzyma się szosy. Wiatr przerzuca śnieg z jednej strony szosy na drugą. Jak się okaże – będzie tak się bawił cały dzień.

Po kilkunastu minutach docieramy na miejsce. Pogoda niby dopisuje, ale już widzimy, że nie będzie wspaniałego wschodu. Tym razem nie jesteśmy sami. Na plaży jest prawdziwy tłum fotografujących. Na jednej i drugiej. Początkowo wszyscy się skupiają w jednym miejscu. Wchodzimy sobie na głowę. Jest to trochę frustrujące, gdy w wypracowany kadr wpycha ci się czyjaś noga. Dopiero później każdy znajduje swój własny kąt. W końcu plaże są naprawdę rozległe.

Fale są dzisiaj o wiele większe i silniejsze. Co któraś z kolei jest naprawdę potężna, więc trzeba uważać. Nie napisałem nic o swoich butach plażowych, których używam podczas tego wypadu. To doskonałe i bardzo lekkie kalosze. Wykonane z pianki. Mają dodatkową wkładkę ocieplająca. Co prawda zajmują trochę miejsca w bagażu. Ale są bardzo wygodne, ciepłe i całkiem dobrze się w nich chodzi. Może nie po górach, ale na płaski teren są w sam raz. Na kalosze mam nałożone spodnie goratexowe. Są nieprzemakalne i woda spływa po nich jak po kaczce. Jest sucho, a to najważniejsze.

Fotografujemy dobrą godzinę. Dzisiaj góry układają się jakoś inaczej i najwyraźniej nie mogę złapać weny. Strasznie dużo dzisiaj lodu, który najzwyczajniej w świecie przeszkadza w robieniu zdjęcia. No i trzeba cały czas uważać. Chwila nieuwagi i dostałem górą lodową po nogach. Podcięła mnie i już leżałem w wodzie. Statyw na szczęście utrzymałem wysoko w górze. Jak tylko wstałem, dostałem kolejną górą lodową, która „zaszła” mnie od tyłu. Najwyraźniej kolejna fala lekko skręciła i stąd ta niespodzianka. Wstałem obolały. Już w domu okazało się, że mam olbrzymie siniaki na nogach. Ciemne niczym czarna dziura i wielkie niczym drożdżówki. Miałem takich siniaków trzy.



Tak więc w fotografii szału nie było. Coś nie zadziałało.

Wysokie fale zebrały tego poranka jeszcze jedno żniwo. Zaczynamy się z Marcinem pakować – wystarczy tego fotografowania. przed nami inne wyzwania. Odchodzimy dobry kawałek od huczącego morza. Pakuję sprzęt do środka plecaka, gdy przychodzi naprawdę potężna fala. Jestem bliżej brzegu niż Marcin i do tego odwrócony tyłem do fali. Woda niespodziewanie wdziera się pomiędzy moje nogi, rzutem na taśmę podrywam jednak plecak i ratuję sprzęt przed zalaniem. Woda gna jednak dalej. Na nieszczęście, na swojej drodze napotyka otwarty plecak fotograficzny Marcina, który właśnie pakuje do niego sprzęt. Woda porywa Canona 5D MarkII, jeden z filtrów i wężyk. Wszystko trwa sekundę, może dwie. Nawet nie zdążyłem krzyknąć. Udaje mi się uratować porwany korpus i wężyk. Marcin ratuje resztę sprzętu. Filtr gdzieś przepada w czeluściach oceanu. Niestety korpus przedstawia żałosny widok. Był otwarty, bez obiektywu i słona woda wdarła się do środka. To już koniec. Straszna strata. Marcin robi dobrą minę, ale wiem, że musiało go to zaboleć. Szczęście w tym nieszczęściu, że ma jeszcze drugi korpus ze sobą i nadal może robić zdjęcia.

Pakujemy się wkrótce do samochodu i jedziemy do naszego pokoju. Jest nadal wcześnie, a my musimy opuścić pokój dopiero o 12.00. Mamy jeszcze zatem sporo czasu. Po kilkunastu minutach jesteśmy na miejscu. Tym razem wznosząca się nad domem góra nie wygląda już tak złowrogo. Marcin próbuje reanimować Canona, ale bez powodzenia. Ja zajmuję się śniadaniem i ogólnym oporządzaniem swojej osoby. Nawet udaje mi się na krótko zdrzemnąć. Ślęczymy też nad mapa w poszukiwaniu kolejnych kadrów. Warunki pogodowe na północy nie pozwalają nam ruszać się z południa, trzeba zatem znaleźć tutaj interesujące miejsce. Z wcześniejszej analizy wiem, że takim miejscem może być wodospad Svartifoss i nieodległe wzgórza z przepięknym widokiem na jeden z lodowców i okoliczne szczyty. Pogoda jest przepiękna – na niebie prawie nie ma chmur i tylko od czasu do czasu znad interioru wychyli jakaś chmurka i zawiśnie nad jednym ze szczytów. Zakładamy, że pogoda utrzyma się do wieczora, co zwiększy nasze szanse na zorze. Gdyby udało się nam je złapać nad górami, to wyszłyby wspaniałe zdjęcia. Postanawiamy zatem wcielić nasz plan w życie.



Pakujemy się i ruszamy do Skaftafell. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na zdjęcia nieodległych gór. Wspaniale się prezentują okryte białym kobiercem. W Skaftafell wjedżamy na samą górę. Stąd do wodospadu Svartifoss jest tylko pół godziny drogi. Nad parkingiem ziemia jest pokryta całkiem świeżym śniegiem. Wodospad widać już po kilkunastu minutach. Woda przelewa się przez bazaltowe kolumny. Są one bardzo wyraźne i nadają temu miejscu niesamowity klimat. Po kolejnych kilkunastu minutach jesteśmy już pod wodospadem. Jest kilka osób, ale te bardzo szybko znikają. Mamy wodospad dla siebie. Przed rozpoczęciem zdjęć postanawiamy się posilić – jedzenie z takimi widokami sprawia naprawdę dużo przyjemności nawet jeśli jest to zwykły liofil. Po posiłku czas na zdjęcia. Nie będzie łatwo – wodospad jest w cieniu, niebo nad nim niebieskie, wszędzie pełno śniegu i kapiącej z góry wody. Kolumny bazaltowe kruszeją i trzeba uważać bo w każdej chwili odłamek może spaść na śmiałka, który podejdzie zbyt blisko do wodospadu. Ta kwestię Marcin mi uświadamia, gdy tkwię pod kolumnami już od dobrych kilkunastu minut. Jakoś wcześniej nie zwróciłem uwagi na otaczające mnie kawałki bazaltowej skały. Czapka tkwiąca na mojej głowy byłaby słabym zabezpieczeniem. Hmm..

Zdjęcie idą nam powoli. Ale nie musimy się śpieszyć. Każdy z nas stara się znaleźć jakiś dobry, ciekawy kadr. Zbyt blisko wodospadu podejść nie można, gdyż w powietrzu czyha rozpylona woda. Po sekundzie cała przednia soczewka jest mokra.

Po dobrej godzinie wycofujemy się spod wodospadu. W przeciwieństwie do innych turystów, zaczynamy podchodzić pod górę. Mamy przed sobą ok 40 minut marszu, aby dotrzeć do miejsca, skąd widać lodowiec Skaftafellsjokull . Idzie się przyjemnie. Na szczęście ktoś przed nami szedł dzień wcześniej i jego ślady nadal są widoczne na śniegu. A śnieg aż tak bardzo nie przeszkadza. Jest całkiem chłodno i od czasu do czasu pojawia się silniejszy wiatr. Wreszcie docieramy na wzgórza. Roztacza się stąd niesamowity widok na nieodległy lodowiec. U jego czoła znajduje się zamarznięta laguna. Tafle lodu są jednak pokruszone – z góry wygląda to jak ryżowe poletka. Nad lodowcem i po lewej stronie wznoszą się wysokie szczyty pokryte śniegiem. Wiatr ostro dmucha, ale nam to nie przeszkadza. Do zachodu słońca mamy jeszcze całkiem sporo czasu rozglądamy się zatem za co ciekawszymi kadrami. Jesteśmy jednak w górach i cienie powoli zaczynają pojawiać się w rożnych zakamarkach. Wokół nas wiatr wyrzeźbił niesamowite formy w lodzie i śniegu. Każdy z nas oddaje się fotografii.



Wbrew naszym oczekiwaniom zachód niestety nie był niesamowity. Słońce operowało prawie do końca oświetlając czubki okolicznych szczytów. Ale nie było eksplozji kolorów tuż przed i po zachodzi słońca. Obeszliśmy się smakiem. Czekamy na miejscu jeszcze z pół godziny i postanawiamy jednak zejść na dół i polować na zorze w innym miejscu. Robi się bowiem bardzo zimno. Brak chmur na niebie nie wróży dobrze temperaturze, a my jesteśmy całkiem wysoko nad powierzchnią morza. Ściemnia się już, gdy zaczynamy drogę powrotną. Szkoda. Ale trzeba wycieczkę powtórzyć, a nawet iść dalej pod okoliczne szczyty, gdyż miejsce ma bardzo duży potencjał. No i niesamowite widoki.



Po drodze Marcin przywołuje pardwy (o ile dobrze pamiętam). Ja idę jak otumaniony. Podobno dwa ptaki podnoszą się nawet na mój widok i Marcin może sobie je pooglądać z bliskiej odległości. Ja tego nawet nie zauważyłem tak byłem skupiony na drodze powrotnej. Do samochodu docieramy już po ciemku. Wokół nas rozpościera się noc. Zórz na razie nie widać, ale jesteśmy pewni, że się pojawią. Wsiadamy do samochodu i zaczynamy polowanie.

Relacja z poprzedniego dnia wyprawy jest dostępna tutaj.

Submit a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

© 2016 Łukasz Kuczkowski | Zaloguj się | Odwiedzin: