Aktualności, wieści z plenerów, najnowsze zdjęcia, relacje z wypraw, trochę techniki. Zapraszam do częstego zaglądania.
Home » Aktualności » Podróże » Zachód na Clogher Head
23
Lip

Zachód na Clogher Head

Nasz wakacyjny pobyt w Irlandii trwał w najlepsze. W drugim tygodniu pogoda nadal była iście irlandzka. Czyli wszystko naraz w ciągu jednego dnia – od słońca, poprzez deszcz, przewalające się na niebie chmury, wiatr, tęczę, na wysokich falach skończywszy. Od trzech dni polowałem na zachód słońca, ale pogoda nie chciała współpracować. Tego dnia stwierdziłem jednak, że pojadę na zachód pomimo nisko wiszących chmur. Była bowiem duża szansa, iż słońce intensywnie zaświeci tuż przed samym zachodem. Przemawiał za tym m.in. typ chmur – coś a la baranki (kurcze, muszę się poduczyć w meteorologii).

Wynegocjowałem zgodę Żony i na 2,5 godziny przez zachodem pojechałem na Clogher Head – niewielki cypel na półwyspie Dingle. Z domu miałem może 2 minuty samochodem. Do plecaka wrzuciłem cały sprzęt – od cyfry, poprzez analoga, do Mamiyi.

Z niewielkiego parkingu było ok. 10 minut podejścia. Nie przemyślałem jednak wcześniej swojego ubioru. W konsekwencji człapałem przez oset w klapkach i krótkich spodenkach. Możecie sobie wyobrazić jak przeklinałem :-).

Podejście nie było zatem przyjemne, ale na szczęście w końcu trafiłem na skały i dalej szło się już o niebo lepiej. Widoki na prawo i lewo coraz bardziej się otwierały, a nieco dale majaczyły wyspy Great Blasket (byliśmy tam dwa dni wcześniej – urocza, choć zdradliwa wyspa).

Wreszcie dotarłem do miejsca, które wydawało mi się najbardziej obiecujące. Dużo ciekawych formacji skalnych na pierwszym planie, odległe Dunmore Head i Sybil Point. Do lustra wody było kilkanaście, może kilkadziesiąt metrów w dół. W oddali majaczył brzeg półwyspu Iveragh (ze słynnym ringiem Kerry – polecam), a z Atlantyku wystawały iglice Skelling Michael. Słońca oczywiście nie było. Wiał wiatr. No ale wszystko mogło się jeszcze zdarzyć.

Czasu miałem mnóstwo, więc postanowiłem zaplanować kadry. Takie wstępne planowanie pozwala później zintensyfikować fotografowanie. Wiadomo – bajeczne światło trwa najczęściej chwilę i nie chciałbym wówczas tracić czasu na szukanie właściwego kadru. A tak mam w czym wybierać, wiem jakiego obiektywu użyć, itp.

Podczas próbnego kadrowania dotarły do mnie głosy ludzi. I po chwili zza skał wychynęła cała rodzina. Nie spodziewałem się tutaj nikogo bo ani to szlak, ani miejsce widokowe zaznaczone na mapie. Cóż, przyjdzie mi dzielić miejsce z kilkoma osobami. Po krótkiej prezentacji okazało się, że głowa rodziny (niestety nie zapamiętałem imienia – nazwijmy go John) jest Irlandczykiem, który mieszka w Niemczech ze swoją niemiecką Żoną i dwóją dzieci. Do Irlandii przyjeżdża oczywiście często, a od kilkunastu lat ogląda zachód Słońca właśnie na Clogher Head. Jako, że pogoda nadal nie współpracowała, ucięliśmy sobie miłą pogawędkę. Oczywiście padło sakramentalne pytanie, czy mieszkam w Irlandii czy też jestem na wakacjach :-). John nie mógł uwierzyć, że nadal robię zdjęcia na slajdach. A jak pokazałem mu średni format to w ogóle zaniemówił. Poczułem się jakbym miał ze sto lat (on był starszy ode mnie) i właśnie wyrwano mnie ze snu z jakieś kriogenicznej komory :-). Podczas rozmowy w zasadzie przerzuciliśmy cały mój fotograficzny dobytek. Szczególnie podobały mi się miny dzieci, gdy prezentowałem efekty filtrów, czy to co widać w wizjerze obiektywu 300 mm (John miał tylko szeroki kąt). Wszystkim to sprawiło nam niesamowitą frajdę.

Słońce zaczęło się czasami przebijać przez chmury tworząc owale światła na lustrze wody. Fajnie to wyglądało. Nad Dunmore Head pojawiła się natomiast ciemna burzowa chmura. Nada wiało, postanowiłem zatem wykorzystać wiatr i długie czasy naświetlania do uzyskania ciekawych efektów na slajdach. Wykręciłem nawet 20 minutowe naświetlanie, co jak na razie jest moim rekordem jeśli chodzi o długie naświetlanie slajdów (nie liczę tutaj nocnych zdjęć nieba). Jedno ze zdjęć musiałem przerwać ponieważ powoli Słońce zaczęło oświetlać skały ciepłym światłem. Nad wyspą Tearaght zaczął padać deszcz i po chwili pojawiła się piękną tęcza. Stoki góry Brandon (Brandon Mountain) rozświetlały promienie Słońca (choć sam szczyt nadal tkwił w chmurach). Zaczęły się fotograficzne łowy.

Bardzo to lubię. Lubię poczuć fotograficzną adrenalinę. Konieczność podejmowania szybkich decyzji, ustalania sposobu naświetlania, korekt. W zasadzie jednak, gdyby ktoś mnie spytał jak naświetlam, to odpowiedzieć byłaby chyba zaskakująca. Intuicyjnie. Jakoś tak wiem, że należy naświetlić spotem i dać taką, a nie inną korektę. Że w tej scenie przyda się szara połówka. Że to zdjęcie nie wyjdzie. Bardzo rzadko korzystam z bracketingu. W zasadzie robię to prawie wyłącznie na Mamiya (ze względu na pewne trudności w naświetlaniu), gdzie automatycznego bracketingu nie ma i trzeba stworzyć sobie ręczny. Nie żebym posiadał jakąś tajemną wiedzę, ale to chyba już procentuje kapka doświadczenia jaką zdobyłem fotografując przez te kilka lat. O dziwo, nadal tak nie potrafię przy cyfrowej fotografii ;-(. Oczywiście nadal są błędy :-).

To fotograficzne szaleństwo nie trwało oczywiście wiecznie. Wreszcie Słońce prawie już dotykało horyzontu. Przestałem fotografować i wszedłem na pobliską skałę, z której miałem niesamowity widok na ocean i pozostałą, niższą część cypla. Okazało się, że nie tylko ja patrzę na zachodzące Słońce. Poniżej cztery owce również stały wpatrując się w dal. Miałem poczucie, że też oglądają zachód Słońca. te chwile były dopełnieniem fotograficznych łowów. Gdy Słońce całkowicie zniknęło już za horyzontem, wróciłem do plecaka i statywu. Miałem jeszcze nadzieję, na podświetlone chmury i rzeczywiście – po chwili zaczęły się barwić na różowo. Znowu bawiłem się z długimi czasami.

Czas był już jednak wracać do domu. Tym bardziej że zachód był o 22.05. Spakowałem wszystko do plecaka. Wysłałem jeszcze Johnowi sms-em namiary na swoją stronę i … zgodziłem się odprowadzić jego córkę do samochodu, gdzie czekała na nią żona Johna. Hm, ja bym chyba nie powierzył swojego dziecka obcemu facetowi, nawet jeśli do samochodu było tylko 10 minut. Gdy patrzę na to z perspektywy czasu, wiem też, że powinienem odmówić. Nigdy nie wiadomo jakie mogą się pojawić zarzuty.

Rezultatów tych krótkich fotograficznych chwil długo nie dane mi było poznać. Teraz jednak na nie patrzę i wiem, że opłacało się spędzić trochę czasu na Clogher Head. W sumie zrobiłem rolkę małego slajdu i rolkę średniego.

Podziękowania dla Żony za zgodę :-)!

Irlandia: widok z Clogher Head Irlandia: widok z Clogher Head Irlandia: widok z Clogher Head

Tags:

Submit a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

© 2016 Łukasz Kuczkowski | Zaloguj się | Odwiedzin: