Aktualności, wieści z plenerów, najnowsze zdjęcia, relacje z wypraw, trochę techniki. Zapraszam do częstego zaglądania.
Home » Aktualności » Plenery » O inwersji na Świnicy (i nie tylko) cz. 4
02
Sty

O inwersji na Świnicy (i nie tylko) cz. 4

Budzik, jak to budzik – zadzwonił wcześnie i wyrwał ze snu. Nie mają w ogóle wyczucia te budziki. Żeby tak rano ludzi zrywać na nogi. Spakowani poczłapaliśmy do samochodu. te kilka godzin snu dobrze nam jednak zrobiło. nabraliśmy w każdym razie siły na dalsze fotograficzne wyzwania :-).

Na szczęście dla tych wyzwań, droga pod Trzy Korony nie była długa. Inaczej zasnąłbym w samochodzie i nic by mnie stamtąd nie wyciągnęło. Przyjechaliśmy w miejsce znane nam z pierwszej próby i tam zostawiliśmy samochód. Było jeszcze całkowicie ciemno. Ani zimno, ani ciepło. W sam raz na nocny marsz. Niebo nad nami świeciło gwiazdami, a mgły nie było widać. Wcale.
Nic, ruszamy.

W nocy idzie się szybko bo człowieka gonią duchy. Odgłosy lasu tez robią swoje. Nie dziwota zatem, że na szczyt prawie wbiegliśmy robiąc nasz rekord tej trasy. Z ciężkimi plecakami szliśmy chyba tylko 2 godziny.

Przy samym wejściu na szczyt zrzuciliśmy plecaki z poszliśmy na rekonesans. Platforma okazała się prawie zajęta. W najlepsze trwała tam malutka popijawa, a obecni, zawinięci w śpiwory, oczekiwali wschodu słońca. Pod naszymi nogami ścieliły się mgły. Nie były tak gęste, ale wschód słońca mógł to jeszcze zmienić. W oddali majaczyły szczyty Tatr. Platforma cała się ruszała i już wiedziałem, że o zdjęciach z platformy mogę zapomnieć. Tym bardziej, że dysponowałem co najwyżej 50 ASA. Wróciłem zatem po plecak i od razu przeszedłem przez barierki moszcząc się na grani. Nie było może wygodnie, ale stabilnie i całkiem bezpieczni. Za mną poszedł chyba cały zespół. Okazało się to bardzo dobrym pomysłem, bo dosłownie za chwilę cała platforma zaroiła się od ludzi ze statywami. Okazało się, że również inni fotografujący postanowili się wybrać na wschód.

Powoli noc zamieniała się w szarówkę, a południowy horyzont zaczął mienić się żółciami. Doliny pokryte były ciężką mgłą, która powoli przewalała się przez czubki drzew i szczytów. Oddaliśmy się fotografowaniu.

Sam przedwschód i wschód nie był ciekawy – na horyzoncie nie było chmur i słońce nagle wyskoczyło zza horyzontu. Wtedy jednak mgła ewidentnie zgęściła się, a słońce zaczęło ją podświetlać. Wszystko się pięknie układało w kadrach. Moje 300 mm czasami jest za krótkie i tak było tym razem. Nie mogłem zawsze wyizolować najciekawszych elementów szerokiej panoramy z Trzech Koron. Trochę szkoda. No ale takie są ograniczenia sprzętowe. Zacząłem robić na długich czasach – dochodzących nawet do 4 minut. Z plecaka wyciągnąłem również Mamiye w celu wykonania kilku panoram. Takie panoramy naprawdę fajnie prezentują się później na ścianie.

Podczas robienia zdjęć – niespodzianka. Nagle zagaduje mnie inny fotografujący, których wielu na platformie. Okazuje się, że zna mnie z sieci, a dokładniej z moich zdjęć. A wpadł na to, że to ja, gdyż usłyszał jak mówiłem o Velvii przekomarzając się z kolegami :-). I tak poznałem Grzegorza Szkutnika i Magdę Chudzik.

Powoli słońce stało coraz wyżej. Mgła nie chciała dać jednak za wygraną. Ja również. Ostatnie zdjęcia naświetlałem po 5 minut aby złapać efekt przesuwającej się mgły. Co z tego wyjdzie? Nie wiem, gdyż dwie ostatnie rolki nie są jeszcze wywołane.

Po zdjęciach przyszedł czas powrotu. Sam wyjazd uważam za wielce udany. Mieliśmy różnorodne warunki do fotografowania, przygody i dużą porcję humoru :-).

Poprzednie części są dostępne tutaj.

2 Responses to "O inwersji na Świnicy (i nie tylko) cz. 4"

Add Comment
  1. gerczak

    11 lutego 2012 at 18:48

    2 godziny??? w 1 godz. 10 min byliśmy na górze a plan zakładał 1,5 godz. A wszsytko przez to, że Cię puściliśmy przodem i trzeba było gonić. :) Następnym razem trzeba Cię dociążyć. ;-P

    Odpowiedz
    • Łukasz

      17 lutego 2012 at 20:37

      Oj tam, oj tam. Zaraz dociążyć. Napiszę dlaczego niektórym wydaje się, że szybko chodzę po górach (ja tak nie uważam :-). Otóż w szkole podstawowej jeździliśmy na wycieczki (tu ukłony dla mojej wychowawczyni pani Szajbe!!!). Często w góry. Śnieżnik, Śnieżka i tym podobne. Najczęściej w czerwcu. Prawie zawsze było ciepło. I tak do połowy drogi, albo i trochę dłużej zawsze wokół głowy latał mi rój much. Nie cierpiałem tego. Nie były tak pazerna jak meszki na Grenlandii, ale nie mogłem tego ścierpieć. Rozwiązanie było proste i jedyne – szybko do przodu, przekroczyć magiczną barierę wysokości dla much i … już byłem wolny. Ot, cała historia. I pewnie mi te szybkości mogły zostać po tych wycieczkach :-).

      Ale popatrz na to w ten sposób – dzięki szybkiemu wejściu mogłeś zając dobrą pozycję na robienie zdjęć :-)!

      A poza tym i tak zapewne miałem najcięższy plecak – 4 body i tuzin obiektywów :-).

      Odpowiedz

Submit a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

© 2016 Łukasz Kuczkowski | Zaloguj się | Odwiedzin: