Aktualności, wieści z plenerów, najnowsze zdjęcia, relacje z wypraw, trochę techniki. Zapraszam do częstego zaglądania.
Home » Aktualności » Plenery » O inwersji na Świnicy (i nie tylko) cz. 2
29
Lis

O inwersji na Świnicy (i nie tylko) cz. 2

Pobudka nie była miła, ale budzik dzwonił niemiłosiernie głośno i w żadne sposób nie byłem w stanie go uciszyć. Nie był to mój budzik, a statyw – z racji swojego położenia i roli nocnego strażnika – był za daleko, aby go użyć w charakterze wyciszacza.

Śpiwór oraz płachta w nocy pokryły się szronem. W środku było jednak przyjemnie ciepło. No cóż, gwiazdy nad głową nie pozostawiały złudzeń. Jest pogoda, trzeba się ruszać, aby zdążyć na świt. Wychodzenie z ciepłego śpiwora zawsze było dla mnie udręką, czy to w Himalajach, czy to na Grenlandii. Nie inaczej było tym razem. Pocieszałem się tym, że nie będę tego robił przez następny miesiąc, jak to bywa na fotograficznych wyprawach, ale tylko dzisiaj, no może jeszcze kolejnego dnia.

Wszyscy się w miarę szybko spakowali i bez porannej toalety ruszyliśmy w kierunku przełęczy. Dla orzeźwienia i zachowania jako takiej higieny jamy ustnej, pociągnąłem sobie wodę z bukłaka. Zaraz potem zęby prawie mi wyskoczyły z dziąseł, a twarz wykrzywił grymas. Woda była oczywiście zimna, a nawet bardzo zimna.

Lubię takie nocne chodzenie po górach, kiedy widać jedynie to, co oświetla światło czołówki, a nad głową wiszą wysokie ciemne skały odcinające się od granatu nieba. Szło się szybko pomimo ciężaru na plecach. Z łatwością odnajdywaliśmy szlak i pomimo obaw Karola nie zgubiliśmy się:-). Wizja wspaniałego wschodu słońca na Świnicy dodawała nam skrzydeł. Niezłe tempo gwarantowało dotarcie do celu z właściwym wyprzedzeniem.

Już po kilkunastu minutach wpadliśmy na Przełęcz pod Świnicą. Tam zrzuciliśmy część naszego wyposażenia biwakowego kryjąc je w załomach skał. Odciążeni (ale nadal z dużą ilością kilogramów na plecach), ruszyliśmy na Świnicę. Skały były suche, co zapewniało nam dobrą przyczepność. Wschodzący Księżyc zafundował nam niesamowite obrazy podświetlając chmury tłoczące się obok Kościelca. Widać już było, że wszystkie chmury są pod nami. Zapowiadała się fotograficzna uczta. No, ale do pokonania pozostały jeszcze stoki Świnicy.

Tempo wejścia było wysokie. Łańcuchy nas troszeczkę spowolniły. Na szczęście wokół rozpościerała się ciemna noc i nie widać było przepaści, które tu i ówdzie czaiły się na śmiałków. Bez takich widoków ewidentnie szło się raźniej. Z powrotem już tak nie było :-). Wreszcie ostatni łańcuch, trochę piruetów na grani i jestem już na szczycie Świnicy. Tuż za mną Maciej i Karol. Patrycja zostaje trochę niżej, gdyż nie może dosięgnąć łańcuchów i bezpiecznego podejścia. Kuba również zostaje trochę niżej. Podejście wykręciliśmy w 50 minut licząc od przełęczy. Szliśmy zatem 10 minut krócej niż czas podany na mapach (1h). Nieźle, jak na nocną wycieczkę z ciężkimi plecakami.

Przejdźmy do meritum. Widok ze Świnicy był niesamowity. Żaden, nawet najpiękniejszy widok za dnia, nawet nie zbliżał się do piękna tego widoku, który rozpościerał się przed naszymi oczami. Wszystkie doliny były pokryte ciemną, kłębiącą się mgłą, która podchodziła aż pod stoki Czerwonych Wierchów. Tatry Wysokie z Rysami i Gerlachem wyłaniały się z niskich chmur. Nad nami królowało niebieskie niebo z pojedynczymi, rozciągniętymi i bardzo cienkimi chmurami. Wszystko to kąpało się w mroku nastającego świtu. Białe jęzory mgły przepływały przez grań Czerwonych Wierchów sięgając, niczym szpony złego czarnoksiężnika, słowackiej strony. Rozpościerające się pod nami stawy to pojawiały się, to znikały we mgle. Jakby toczyły walkę z pełznącą mgłą. Wokół nas rozpościerał się magiczny widok. Było chłodno (lekki minus), czasami pojawiał się łagodny wietrzyk.

W niebieskościach przed świtem Kontrasty Pazury
Przebijając się przez chmury Karol podczas detekcji fazy :-) Słońce już świeci

Po wielu „ochach” i „echah” jako reakcji na otaczające nas widoki, zabraliśmy się do zdjęć. Po chwili każdy z nas zanurzył się już w poszukiwanie kadrów i światła. Wschodni horyzont powoli rozjaśniał się, zapowiadając nieodległą wizytę słońca. Od czasu do czasu ktoś z nas rzucał różne uwagi na temat tego co działo się wokół nas. Ciemności nie sprzyjały mechanizmom AF, ale przejście na detekcję fazy w naszych aparatach wyzwoliło nas z napotkanych problemów :-). Klatka za klatką, slajd za slajdem (karta za kartą). Uwielbiam te chwile fotograficznego uniesienia. Obrazy pochłonęły nas całkowicie. Pojawiło się słońce, które ciepłym światłem zaczęło oświetlać pojedyncze kamienie czy całe stoki. Mgła nie dawała za wygraną. Spektakl trwał w najlepsze. A my pełniliśmy w nim rolę widowni.

Dopiero chyba po godzinie od wschodu zaczęło do nas docierać, że czas schodzić. Jeszcze częściowo grupowe zdjęcia, polowanie na kruka z Maciejem, kromka suchego chleba na szczycie i zaczęliśmy zejście. Dotarli na szczyt również pierwsi turyści, którym dane jeszcze było nacieszyć się pięknym widokiem zanikającej mgły.

Zejście okazało się chyba co dla niektórych trudniejsze od wejścia. Ale daliśmy radę i po jakimś czasie wylądowaliśmy na Przełęczy. Tam nastąpiła uczta, gdyż nasze puste żołądki dawały już o sobie znać. Zagryzając zimny chleb z okładem kontemplowaliśmy w naszych głowach widoki, które dane nam było zobaczyć nie tak dawno temu. A dzień dopiero się zaczynał.

P.S. Zaramkowałem na razie tylko jedną rolkę slajdu z tego wyjazdu. Na resztę przyjdzie czas :-).

Kolejna część jest dostępna tutaj.

Submit a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

© 2016 Łukasz Kuczkowski | Zaloguj się | Odwiedzin: