Aktualności, wieści z plenerów, najnowsze zdjęcia, relacje z wypraw, trochę techniki. Zapraszam do częstego zaglądania.
Home » Aktualności » Drzwi, w które stuka Atlantyk
03
Lis

Drzwi, w które stuka Atlantyk

Przygotowania

Irlandia – w zasadzie nie wiem dlaczego pojechaliśmy do Irlandii, a nie np. do Francji. Nie pamiętam już przyczyn zainteresowania Irlandią – myślę, że były to jakieś zdjęcia w magazynie fotograficznym. I tak się zaczęło – opinie w Internecie, zdjęcia i książki utwierdziły mnie w przekonaniu, że warto tam pojechać na wakacje. Postanowiłem zatem … przekonać Żonę do tego pomysłu. Nie była to łatwa sprawa, ponieważ Irlandia jest postrzegana jako kraj deszczowy i mglisty, gdzie ciepło jest tylko przy kominku bez względu na porę roku. Ostatecznie dobiliśmy targu :-) – w tym roku Irlandia, a za rok … zobaczycie :-).

Decyzja została podjęta, rozpoczęły się zatem polowania na ebay-u na książki i mapy. Wkrótce siedziałem nad mapami i książkami starając się wybrać najbardziej interesujące miejsca. Pojawiło się odwieczne pytanie – co i gdzie zobaczyć, czy nadłożyć 100 km żeby dotrzeć do jakiegoś punktu, czy też może zostać i napić się Guinnessa. Ostatecznie powstał plan, który – jak się później okazało – życie zmodyfikowało na bieżąco.

Aby oszczędzić czas postanowiliśmy polecieć do Dublina samolotem, a następnie już na miejscu wypożyczyć samochód. Skorzystaliśmy z usług wypożyczalni Budget Car – ceny znośne, ale trzeba uważać na ubezpieczenie, które jest droższe niż samo wypożyczenie samochodu. Jak się jednak okazało, wykupienie pełnego ubezpieczenia w Irlandii nie jest złym pomysłem – wręcz przeciwnie – wszystkim go gorąco polecam. Nie uprzedzajmy jednak faktów…. Co do noclegów to skorzystaliśmy m.in. z usług angielskiej agencji Shamrock Cottage i wynajęliśmy na pierwszy tydzień cały dom. Ustaliliśmy, że noclegi w drugim tydzień znajdziemy w schroniskach (nie mylić z polskimi schroniskami PTTK, z którymi te na zachodzie najczęściej nie mają wiele wspólnego) oraz b&b.

Dzień pierwszy (sobota)

Jeszcze ostatnie zakupy przed wyjazdem i 2 września o godz. 9.00 karnie stawiliśmy się na poznańskim lotnisku. Jak się okazało, byliśmy chyba jedynymi turystami na pokładzie wielkiego Boeinga – prawie wszyscy pozostali pasażerowie jechali wyłącznie do pracy. Z przykrością muszę stwierdzić, że eksportujemy niezbyt miły dla ucha język. Polskie „k…” i ch…” prześladowało nas przez prawie cały pobyt w Irlandii, a zwłaszcza w Dublinie. Ciekawi mnie to, czy nasi eksportowi pracownicy też tak klną po angielsku przy swoich pracodawcach? Na samym lotnisku wielkie kolejki oczekujących na odprawę. A w zasadzie dzikie tłumy, ponieważ przez bardzo długi okres pojęcie kolejki nie istniało i co bardziej w gorącej wodzie kompani Polacy bez żadnego wstydu wpychali się przed innymi byleby tylko być pierwszym na odprawie.

Lot, jak to lot – nic specjalnego. Człowiek chciałby, żeby trwał jeszcze krócej. Po wylądowaniu i odebraniu bagaży udajemy się do Budget Car – trochę formalności i już jesteśmy koło naszego czerwonego szerszenia, który dzielnie będzie nas woził przez kolejne 11 dni. Sam Dublin przywitał nas iście irlandzką pogodą – wielkie chmury przewalały się po niebie, od czasu do czasu wyglądało Słońce i czasami mocno padał deszcz. Mieliśmy nadzieję, że pogoda się jednak poprawi. Już po zapakowaniu bagaży do samochodu pierwsza konsternacja – fotel kierowcy jest za blisko kierownicy i ni jak nie mogę wygodnie usiąść. Wajcha jest już maksymalnie cofnięta i nadal za blisko. Trochę to trwało nim wpadłem na pomysł, że być może muszę obniżyć cienienie powietrza w fotelu i ten sam się obniży. No, to ruszamy :-).

Tego momentu bałem się najbardziej. Przecież tam jeżdżą po niewłaściwej stronie drogi i wszystko w samochodzie jest na opak. Nim zapaliłem silnik i powoli ruszyłem z parkingu byłem już mokry. Dosłownie tak, jakbym przed chwilą wyszedł spod prysznica. Cały czas mamrotałem „keep left” i jedynie z pomocą ukochanej Żony udało mi się pokonać pierwsze rondo (które oczywiście wyrosło przed nami od razu za parkingiem). Później było coraz lepiej i tylko na rondach potrafiłem się całkowicie pogubić – gdyby nie Żona, to byłoby z nami bardzo krucho :-).

Pogoda powoli się poprawia, drogi szerokie, wszędzie „obostrzenia” do 100 km/godzinę i nikt się nie wlecze. Jechało się bardzo przyjemnie. Więcej niż przyjemnie, zważywszy, że byłem jedynym kierowcą w naszej dwuosobowej grupie :-). Pierwszego dnia musieliśmy pokonać prawie całą Irlandię wzdłuż, stąd też postanowiliśmy nie zatrzymywać się zbyt często. Jak się okazało, był to dobry pomysł, jak tylko bowiem zjechaliśmy z głównych dróg to zaczął się… mały horror.

Pierwszy i jedyny dłuższy przystanek w tym dniu to miasteczko Cashel ze swoim słynnym zamkiem (a raczej jego ruinami), cmentarzem oraz niedalekim opactwem (niestety znowu ruiny). Pogoda wręcz wymarzona – światło jest cudowne, niebo niebieskie, a zieleń wręcz wydaje się wyskakiwać z pół – od razu rozumiemy dlaczego Irlandię określają mianem „Zielonej Wyspy”. Nie ma śladu wilgoci Dublina i od razu człowiekowi chce się żyć. Same ruiny wyglądają ciekawie, a widok z zamkowego wzgórza dawał nam przedsmak tego co nas może czekać dalej.

Na zamku w Cashel po raz pierwszy spotykamy się z krzyżami celtyckimi, które w dużych ilościach mają nam towarzyszyć przez cała naszą drogę po irlandzkich bezdrożach. W dużej ilości robią naprawdę niesamowite wrażenie, a ich wielkość – znacznie odstająca od naszych krzyży cmentarnych, jest czasami wręcz porażająca. Co zaskakujące, na przyzamkowym cmentarzu niektóre krzyże i nagrobki są nadzwyczaj młode biorąc pod uwagę wiek samych ruin – zdarzały się krzyże i nagrobki z lat 50-90 XX wieku. Jak się później okazało nie był to żaden wyjątek. To tak jakby w ruinach polskiego kościoła czy zamku nadal chowano zmarłych. W zasadzie w Polsce jest to chyba nie do pomyślenia, a przynajmniej nie spotkaliśmy się z takim przypadkiem wcześniej. Przemawia do nas jednak idea tych irlandzkich cmentarzy – wszędzie wypielęgnowana zielona trawa, dużo miejsca między krzyżami – z tego wszystkiego wypływa niesamowity spokój i aż człowieka ciśnie, aby się zatrzymał i zadumał nad śmiertelnym aspektem swojego życia.

Sam zamek jest położony na niewielkim wzgórzu, które wyrasta z okolicznej równiny zapewniając bardzo dobry wgląd na wiele kilometrów. Początki zamku sięgają aż IV wieku n.e. kiedy to Cashel, zapewne ze względu na swoje dobre położenie, został wybrany na siedzibę walijskiego klanu Eoghanachta. Klan rządził na zamku i w okolicach przez kolejne 6 wieków. W XII wieku następcy klanu Eoghanachta przekazali zamek Kościołowi. Z tego też czasu pochodzi kaplica, której mury nadal można podziwiać na zamku. Niezwykłe wrażenie robi także okrągła wieża tak charakterystyczna dla krajobrazu Irlandii oraz gotyckie ruiny z XIII wieku. Warto także odwiedzić ruiny siedziby arcybiskupa, które są widoczne z zamku.

Łącznie spędzamy tam ponad 1,5 godziny spoglądając na ruiny, czytając napisy nagrobne i oddając się chwili. Pogoda cały czas nas rozpieszcza :-). Czas jednak ruszać w drogę i po małej walce z kierownicą, kiedy to próbowałem nieświadomie staranować krawężnik wraz z przylegającym domem (oczywiście jadą po niewłaściwej stronie i oglądając przydrożne zabytki), wracamy na drogę. Czas mija, tak jak mijamy kolejne miasteczka i miasta. Przez Cork przelatujemy obwodnicą i zaraz później rozpoczyna się, trwający 2 godziny, horror drogowy :-). Po zjeździe bowiem z głównej drogi okazało się, że droga, którą się poruszamy przypomina wąskie „koryto”, którego pobocze jest obstawione albo ciasno przylegającymi krzewami albo kamiennymi murkami. Praktycznie brak miejsca na poboczu, a mijające samochody ocierają się prawie blachą. Do tego zaczyna padać i to rzęsiście. Dojazd do celu utrudnia nam też Irlandzki Wydział Ruchu Drogowego, który zamiast ustawiać tablice drogowe z kierunkami na miasta i miasteczka przed skrzyżowaniami, poustawiał te tablice na samych skrzyżowaniach. Dodatkowo, aby zmusić kierowcę do ciągłego myślenia, kierunki są poustalane w jakiś całkowicie dla nas nielogiczny sposób. Błądzimy, denerwujemy się. Suma summarum, dzięki mapom o skali 1:50.000 udaje nam się wreszcie wyjechać z tego labiryntu wąskich wiejskich dróg. Wreszcie jesteśmy już na szlaku Sheep’s Head, który ma nas poprowadzić prosto do miasteczka Ahakista. Prosto, to nie znaczy bez zakrętów – w zasadzie kolejne 20 km to jeden ciągły zakręt i walka z poboczem. Początki bywają trudne!

Wreszcie, pod wieczór, wpasowując się wręcz idealnie w ustalenia z House Taker, stawiamy się przed lokalnym pubem po klucz. Po niezobowiązującej rozmowie o jutrzejszym meczu Cork – Kerry i pogodzie oraz przygotowaniach do ślubu :-), dostajemy klucze, instrukcje jak dojechać do naszego domu i … w drogę. Już po chwili, po pokonaniu kilku zakrętów, blokad dla krów i kilku małych wzgórz, stajemy przed bramą do posiadłości. Po chwili widzimy już nasz dom. Można powiedzieć – jesteśmy w domu (na cały tydzień).

Dom okazał się starą … świniarnią z kamienia, dostosowaną oczywiście do dzisiejszych wymogów turystycznych. Właściciele zadbali jednak o stare meble i wystój oddający klimaty pochodzenia budynku – wszędzie bowiem spoglądały na nas … świnki (w różnych postaciach i formie – od porcelanowej do metalowej). Sam dom nazywał się, jak nietrudno zgadnąć, Piggery House. I był naprawdę słodki. Nie namyślając się długo, po sutej kolacji, idziemy spać zmęczeni podróżą. Jeszcze mam w głowie wschód Słońca o poranku, ale odpuszczam ze względu na nieznajomość terenu. Za dwa dni też będzie wschód :-).

Dzień drugi (niedziela)

Budzę się wcześnie rano, na tyle wcześnie, że postanawiam zabrać sprzęt foto i wyjść przynajmniej na podwórko. A z podwórka roztacza się wspaniały widok na pobliskie wzgórza i morze. Dom znajduję się na stoku niedalekiego szczytu Seefin (334 m), stąd też postanawiam wspiąć się nieco wyżej aby mieć lepszy widok. Po chwili jednak jeżyny zwinięte jak drut kolczasty uniemożliwiają dalszą wędrówkę i muszę się wycofać. Pogodo zapowiada się wietrzna i mglista, no ale w końcu jesteśmy w Irlandii i tego raczej, a nie bezchmurnego Słońca, należy się spodziewać. Jak bardzo się myliłem :-). W domu nieopodal (na posiadłości są dwa domy) widzę ruch za firanką i zaraz wszystko staje się jasne – to czujny obywatel Niemiec (który jak się okazało wynajął ten dom ze swoją rodziną) przygląda się mi za firanek. W końcu czego dobrego można się spodziewać po kimś, kto z rana chodzi z czymś długim (statyw) i ciągle coś ogląda?

Zaczynamy swój wymarzony wypoczynek. Dwugodzinne śniadanie i rozmowy okraszone poranną kawą budzą nas na tyle, że postanawiamy ruszyć na przylądek Sheep’s Head, który wieńczy nasz półwysep. Wskakujemy zatem do samochodu i już pędzimy po wiejskich drogach. Po kilkunastu kilometrach wpadamy we mgłę, która ogranicza widoczność do kilkunastu metrów. Niezrażeni jedziemy dalej wznosząc się coraz wyżej i pokonując coraz częstsze i coraz ostrzejsze zakręty. Wreszcie w całkowitym mleku dojeżdżamy na parking na prawie samym końcu półwyspu. Jak się okazuje, to „prawie” wymaga jeszcze kilkudziesięciu minut marszu w terenie mocno pofałdowanym. Wokół nas nie ma nikogo, no poza parą turystów z dzieckiem zabłąkanych pewnie również tak jak my. Wieje niemiłosiernie. Po kilku minutach mój nos podpowiada mi, że mgła się podniesie i będziemy świadkiem spektakularnych widoków. Tym razem się nie pomyliłem – już po kilkunastu minutach najpierw widać ocean, a zaraz potem zaczynają pojawić się skały i niebo. Widoczność się poprawia i po chwili niebo jest czyste na tyle, że widać sąsiednie półwyspy. A widoki? … wręcz zapierają w piesiach. Wszystko mieni się niesamowitymi kolorami, wszędzie pełno żółtych kwiatów, ocean szturmuje niebotycznie wysokie skały. Coś niesamowitego. Jesteśmy wniebowzięci! Nigdzie się nie spieszymy, możemy być tutaj cały dzień. Wyciągam aparat, kadry wręcz same się narzucają …. Jest dobrze. Okazuje się, że Żona także polubiła fotografować – swoją komórką :-). Zatrzymujemy się na dłuższy czas przy płycie skalnej wystającej nad oceanem skąd rozpościera się doskonały widok na starcie skał z oceanem. Żona jest pełna strachu o nasze bezpieczeństwo. Rzeczywiście spaść z takiego miejsca na dół nie jest trudno. A wokół żadnych ogrodzeń, wszystko pozostawione na pastwę natury. W Polsce wręcz nie do pomyślenia. Jak się później okaże tak będzie prawie zawsze – zaufanie do człowieka jest większe, stąd obawa, że zrobi sobie krzywdę jest mniejsza. Nie znam statystyk wypadków w takich miejscach, ale widocznie nie ma ich zbyt dużo skoro takie miejsca nadal pozostają bez ogrodzenia. Z drugiej strony trudno byłoby ogrodzić całe wybrzeże :-).

Powoli przesuwamy się w okolice latarni morskiej, która gdzieś za kolejnym wzgórzem pełni swoją funkcję. W oczach masz szaleństwo – gdzie spojrzę tam kadr, a to przecież pierwszy dzień zarazem. Zastanawiam się co będzie później. Połączenie oceanu ze skałami jest jednak doskonałym połączeniem. W końcu docieramy do latarni – niestety jest już automatyczna i nie ma z kim zamienić słówka o lokalnej pogodzie. Wokół nas nie ma żywego ducha. Pierwsi turyście zaczną się pojawiać dopiero w drodze powrotnej.

Powoli przemierzamy półwysep i docieramy do małej czerwonej latarni ładnie wkomponowanej w okoliczne skały. Szkoda, że latarnia jest już w pełni zautomatyzowana – miło by było wypić coś gorącego u starego latarnika i pogwarzyć o pogodzie :-). Rachunek ekonomiczny jest jednak widać bezwzględny – ach, chciałoby się wrócić do lat 50. XX wieku :-). Wracamy do samochodu, szybka decyzja i już mkniemy w kierunku miasteczka Kilkohrane (powoli zaczynają mi się podobać te irlandzkie drogi pełne zakrętów – świetnie trenują refleks i uczą pokory). Wjeżdżamy na lokalną przełęcz z pięknymi widokami na Mizen Head i półwysep Beara. Po chwili wspinamy się już na szczyt Seefin, który wznosi się na wysokość 344 metrów n.p.m. Wydaje się niewiele, ale same widoki warte są wysiłku. Szlak jest słabo oznaczony i co chwila gubimy się wśród traw – trzeba uważać, bo łatwo zwichnąć sobie nogę w licznych dziurach kryjących się pod trawą. Pewną trudność sprawia także prawie pionowa ściana po której wznosi się szlak i … po której płynie sobie też strumień :-). W końcu po 40 minutach stajemy na wierzchołku. Strasznie wieje ale widoki … nie do opisania. Lokujemy się w jakiejś niższej kotlince z widokiem na Kilkohrane i Mizen Head i oddajemy się promieniom Słońca. Pogoda jest ciągle niesamowita, a Słońce przypieka tak, że zaczynamy myśleć o kremie przeciwsłonecznym.

Wracamy do domu na późny obiad. Jesteśmy mile rozczarowani pogodą :-), a dzisiejsze widoki przyświadczają nas o tym, że Irlandia to piękny kraj. Zbliża się zachód Słońca, ruszamy więc na jedne z licznych półwyspów wrzynających się w zatokę Bantry.

Z samą zatoką Bantry i położonym nad jej brzegami miasteczkiem Bantry związana jest ciekawa historia z okresu walki Irlandii o niepodległość. Przez długi okres Irlandia znajdowała się bowiem pod panowaniem (okupacją jak mówią inni) Brytyjczyków. Pod koniec XVIII wieku wybuchło w Irlandii (kolejne) powstanie prowadzone przez United Irishmen. Z inicjatywy Theobald Wolfe Tone, Francja, która wówczas była przeciwnikiem Anglii, wysłała do Irlandii swoją flotę z ok. 14.000 żołnierzy na pokładzie. Żołnierze mieli wspomóc walczących Irlandczyków. Flota dotarła do zatoki Bantry, ale ze względu na niesprzyjające wiatry nie mogła dobić do brzegu. Na nic zdało się wielodniowe oczekiwanie na pomyślniejsze wiatry. Wreszcie, ze względu na coraz większe niebezpieczeństwo pojawienia się floty brytyjskiej, francuska flota wycofała się pozostawiając Irlandczyków bez wsparcia. Koleje próby pomocy organizowane przez Francuzów i Holendrów także zakończyły się niepowodzeniem i powstanie ostatecznie upadło.

Zachód zapewnia nam niesamowity spektakl złożony z chmur, morza (przypływ) i światła.

Dzień trzeci (poniedziałek)

Dzień trzeci postanowiliśmy poświęcić na eksploracje Mizen Head. Niestety poranna pogoda nie zachęca do jakiejkolwiek aktywności – jest bardzo mgliście i słońce nie może się przedrzeć przez gęste mleko. Od czasu do czasu pada deszcz. Pakujemy się jednak do naszego czerwonego szerszenia i ruszamy na południe. W planie mamy wjazd na Mount Gabriel – najwyższy punkt półwyspu, który wczoraj ze szczytu Seefin prezentował się interesująco. W gąszczu irlandzkich dróg i dróżek gubimy jednak drogę i ostatecznie lądujemy w uroczym miasteczku Schull (Skull). Podążając lokalnymi drogami trafiamy też nad zatokę Dunmanus, nad brzegami której wznoszą się ruiny zamku. Wieża (może to być także główna część zamku) prezentuje się nad wyraz okazale, a cała zatoka robi naprawdę urocze wrażenie. Jedziemy dalej, od czasu do czasu gubiąc drogę – w zasadzie bez GPS (dzięki Kuba!) trudno byłoby nam znaleźć ten zamek :-).

Ostatecznie dojeżdżamy wreszcie do Mizen Head. Na samym końcu półwyspu znajduje się latarnia z muzeum, do której prowadzi niesamowity most wznoszący się nad morzem i dziesiątki ostrych schodów. To robi wrażenie pomimo otaczającej nas mgły. Od czasu do czasu mgła się unosi co pozwala nam podziwiać przepiękne widoki. Skały wychylające zza mgły też robią niesamowite wrażenie. Wszystko utrzymane w szarości toteż wybór slajdu staje się oczywisty. Wyciągam body z Agfa Scalą i robię kilka zdjęć. Szkoda tylko, że nie ma lepszej pogody. Oczywiście, gdy tylko ruszamy z Mizen Head mgła się unosi, a widoki stają się przecudowne. Szkoda nam już jednak pieniędzy na ponowne wejście (wstęp jest płatny, a cena nie jest niska).

Jadąc w kierunku Mizen Head przyuważyliśmy po drodze kilka ładnych plaż, stąd też postanawiamy się na nie udać. Trzeba podkreślić, że plaże w Irlandii to towar deficytowy, przeważa bowiem mniej lub bardziej skaliste wybrzeże. Po chwili jesteśmy już nad Barley Cove, gdzie znajduje się przepiękna plaża otoczona dwoma półwyspami. Piasek jest biały i miękki, a kilku zapaleńców próbuje swoich sił z prądem oceanu na desce. Jak niebezpieczne mogą być to zabawy wiemy wcześniej z radia – podano bowiem komunikat o utonięciu dwóch osób, które ruszyły na pomoc takiemu surferowi (surfer się uratował). Prąd przy takich plażach jest często bardzo silny i wystarczy chwila nieuwagi, a już się ląduje bardzo blisko skał (dotknęło nas to rok wcześniej na Isle of Wight).

Po spacerze na plaży nasze zainteresowania kierujemy ku cichemu miasteczku Crookhaven. Cisza jest porażająca podobnie jak i widoki (chyba nadużywam tego słówka). Na samym początku miasteczka znajduje się ładny kościółek, który ładnie komponuje się z otaczającym go krajobrazem – warto przejść przez bramkę. Same miasteczko nie tak dawno temu, przed erą samolotów i internetu, pełniło bardzo ważną rolę w międzynarodowych dostawach pocztowych – tu bowiem przeładowywano pocztę do i z Ameryki.

Będąc w pobliżu Crookhaven, warto też udać się na pobliski Brow Head – najbardziej wysuniętą na południe część Irlandii (nie licząc wysp). To właśnie z tego miejsca Marconi wysłał swój pierwszy telegraf i otrzymał odpowiedź.

Dzień czwarty (wtorek)

Kolejnym celem naszej wędrówki był półwysep Beara. Pogoda jest ładna, od czasu do czasu przez niebo przepływają niskie chmury. Przyzwyczajeni już do irlandzkich dróg szybko pokonujemy dzielącą nas od półwyspu drogę i po pewnym czasie „wspinamy” się już samochodem po wąskiej drodze na Healy Pass – przełęczy łączącej Cork z Kerry. Droga jest wąska i stroma, pełna ostrych zakrętów. Po drodze mijamy Land Rovera, którego pasażerowie musieli wysiąść i wspinać się na przełącz na swoich własnych nogach, samochód nie mógł już bowiem podjechać (i gdzie ta wyższość samochodów terenowych, Arturze :-). Wszędzie pełno owiec – jest ich tu zatracenie i czasami wybiegają sobie na drogę nic nie robiąc sobie z czerwonego szerszenia. Na szczęście szersze n nie ma morderczych zapędów i żadnej owcy krzywda się nie dzieje (czyżby nowa Przygoda z owcą?). W końcu docieramy na samą przełęcz, gdzie zostawiamy samochód i wspinamy się na stronę Kerry. Widoki … trudno opisać. To po prostu trzeba zobaczyć. W dole rozpościera się jezioro Glanmore Lake z malutkimi wyspami. Na jednej z nich widać nawet jakieś ruiny – rzut oka do przewodnika i okazuje się, że to ruiny klasztoru. Pogoda jest … interesująca. Od czasu do czasu wychodzi słońce, a chmury mamy na wysokości naszych oczów. Daje to ciekawe efekty na zdjęciach. Spędzamy tam bardzo dużo czasu jest bowiem pięknie, a nam się nigdzie nie spieszy.

Healy Pass to nie byle jak przełęcz. To przełęcz z historią. Trudno sobie to wyobrazić, ale nie tak dawno temu, jakieś 300 lat do tyłu, Kerry i Cork nie miały żadnego połączenia. Aby przejść z jednej krainy do drugiej trzeba było bowiem przejść dzikie góry (Tarty to nie są, ale trudności w handlu były spore ile bowiem można przenieść na własnych plecach). Ówczesne „drogi” to ścieżki wydeptane przez pasterzy. Bardzo utrudniało to wymianę dóbr pomiędzy krainami oraz ograniczało rozwój Kerry. Kiedy głód i choroby dziesiątkowały Irlandczyków w Kerry zapadła decyzja o budowie drogi, która mogłaby połączyć obie krainy. Wielkim wysiłkiem zbudowaną tą drogę i odtąd obie krainy miały bezpośrednie połączenie. Aby docenić trud budowniczych trzeba po prostu tą drogę zobaczyć. A najlepiej wjechać na przełęcz na rowerze, jak też zrobiło kilku starszych Anglików budząc nasz podziw :-). I wcale nie wyglądali na zmęczonych! Trzeba także dodać, że po drugiej stronie czekał ich ekscytujący zjazd w dół.

Będąc na Healy Pass warto wejść trochę wyżej na lewą stronę wzgórza (patrząc od Cork) – można tam znaleźć spokój, ciszę (jeśli nie wieje) i przepiękne widoki na położone poniżej jezioro Glanmore Lake i okoliczne wzgórza. A w oddali błyszczy ujście rzeki Kenmare.

Jadąc w głąb półwyspu Beara po drodze zatrzymujemy się w miasteczku Castletownbere. Miasteczko urokliwe, w kolorowymi witrynami sklepów i mieszkań. Trochę nie nastawione na turystów co ma też swoje zalety. Jak ktoś lubi obserwować życie portu, to warto udać się do małego portu tuż nad morzem – podobno serwują tam doskonałą bo świeżą rybę (niestety akurat bar był zamknięty i nie mogliśmy osobiście sprawdzić tej informacji). Będąc już w Castletownbere nie sposób ominąć pozostałości po przodkach – Derreenataggart Stone Circle. Trochę trudno do niego trafić, a na miejscu nie ma prawie miejsca do parkowania, ale ten kamienny krąg wart jest trudu. Stojąc pośrodku łatwo sobie wyobrazić to miejsce setki lat temu, kiedy odbywały się tam rytuały religijne. Całość jest w zadziwiająco dobrym stanie. Tam też spotkaliśmy pewną niemiecką parę, która, jak się później okazało, miała pojawiać się w najmniej spodziewanych momentach naszego pobytu w Irlandii. Szpiedzy jacyś, czy co?

Za kilka lat, po zakończeniu renowacji, warto też będzie zapewne odwiedzić zamek Dunboy. Obecnie zamek jest bowiem w całkowitej odbudowie i spoza rusztowań niewiele widać. Pięknie natomiast prezentuje się wrak drewnianej łodzi w pobliskiej fosie. Odważni mogą także na dojeździe do zamku skręcić w lewo (tuż przed bramą wjazdową do zamku) i zwiedzić bardzo stary las. Las robi niesamowite wrażenie, pewnie niejednemu śni się później po nocach (mi się śnił), a był tak przerażający, że nawet nie myślałem o tym, aby zrobić mu zdjęcie.

Półwysep Beara znany jest z tzw. Beara Ring – lokalnych dróg prowadzących przez najpiękniejsze zakątki półwyspu, w szczególności wzdłuż wybrzeża. Widoki często powodują kłopoty z oddychaniem, niestety bardzo rzadko można się zatrzymać na samej drodze – drogi są wąskie, pełne zakrętów, z wąskim albo wręcz nie istniejącym poboczem. Pozostają nieliczne parkingi, które często (ale nie zawsze) są położone w urokliwych miejscach. Warto rozważyć śniadanie na takim parkingu (oczywiście własnym sumptem) – przy pięknych widokach wszystko lepiej smakuje. Przy okazji warto też rozglądnąć się po okolicy ponieważ często okoliczne krzaki i zarośla kryją kamienne kręgi, grobowce i inne pozostałości po przodkach. Nieocenioną pomocą służą mapy Ordnance Survey Ireland w skali 1:50.000, które pokazują lokalizację tysięcy takich stanowisk.

Po drodze zatrzymujemy się także w miasteczku Eyeries, które słynie z kolorowych fasad domów. Wygląda to trochę cukierkowo, ale ładnie to wygląda. Półwysep jest tak duży, że zobaczenie go w całości wymaga co najmniej dwóch, trzech dni. Wąskie drogi i liczne zakręty nie pozwalają rozwijać dużych szybkości, nie ma także jak wyprzedzać – warto to wziąć pod uwagę planując podróż i nie myśleć o zbyt wielu miejscach do zobaczenia. Inaczej po prostu zabraknie czasu. Zmęczeniu, ale pełni wrażeń, wracamy do domu.

Dzień piąty (środa)

W tym dniu postanawiamy sobie zrobić przerwę i powylegiwać się trochę na słońcu. Jako, że prognozy pogody są bardzo zachęcające, postanawiam wybrać się na wschód na znany nam już szczyt Seefin. Wstaje zatem przed wschodem słońca i po kilkunastominutowej jeździe samochodem parkuje na przełęczy. Wtedy dociera do mnie, że jest już trochę późno i jeśli się nie pospieszę, to mogę po prostu nie zdążyć na wschodzące słońce. Włączam zatem 5 bieg i prawie biegiem wschodzę na szczyt – zajmuje mi to tylko 17 minut, co wydaje mi się niezłym wynikiem zważywszy, że na plecach ma ponad 20 kg sprzętu. I tym razem pod sam koniec gubię szlak, ale jakoś udaje mi się dotrzeć na sam szczyt. Jest dużo chmur i obawiam się, że ze wschodu nici. Niezrażony wyciągam sprzęt i czekam. Słońce ostatecznie nie wychodzi zza chmur, ale widowisko i tak było warte wspinaczki. Po blisko 1,5 godzinie na szczycie schodzę na dół do samochodu i już po chwili jem z Żoną śniadanie :-).

Wypogadza się, a na niebie rzadko kiedy pojawiają się jakieś małe chmurki. Postanawiamy iść na krótki spacer okoliczną starą owczą drogą. Zostawiamy samochód przy drodze na Seefin i udajemy się w przeciwną stronę. Spacer miał być krótki, zaledwie 1,5 godzinny, ale jak się ostatecznie okazało, zamienił się w morderczą dla nas wyprawę przez 7 godzin! Ale zacznijmy od początku :-).

Szlak znaleźliśmy bardzo szybko. Spokojnie wspinał się po grzbiecie wzgórza Caher – mountain. Co prawda zastanowiło mnie to, że według mapy szlak powinien iść u podnóża wzgórza, a nie grzbietem, ale w końcu szliśmy po oznakowanym szlaku. Uznałem, że to niedokładność mapy. Po 2 godzinach łagodnej wspinaczki wchodzimy na szczyt. Widoki są wspaniałe, słońce mile nas rozgrzewa. Po analizie mapy (niestety GPS został w domu) stwierdzam, że wszystko się zgadza i za chwilę powinniśmy dojść do zejścia na inny szlak. Po pierwszym szczycie pojawiają się jednak kolejne i kolejne, a zejścia nie widać. Wreszcie jest ostro w dół i już myślę, że jesteśmy we właściwym miejscu, kiedy napotykamy dwa szlaki idące w całkowicie innym kierunku od zakładanego. Wybieramy ten, który naszym zdaniem jest bardziej właściwy – żadnych z tych szlaków nie ma na mapie. Po drodze atakują nas watahy much i komarów – gryzą strasznie, więc prawie biegiem zbiegamy do podnóża szczytu. Zgubiliśmy się. Nie mamy też wody, a słońce przypieka. O jedzeniu nawet nie wspomnę. Najlepiej byłoby wrócić tą samą drogą, którą przyszliśmy, ale to oznaczałoby nużącą wspinaczkę i chmury much. Postanawiamy iść dalej obranym wcześniej szlakiem. Kiedy w oddali pojawia się samotny farmer, w nasze serca wstępuje otucha. Jak się okazuje, farmer stawia płot w skalistym, pofałdowanym terenie w środku dosłownie niczego. Po krótkiej wymianie uprzejmości i rozmowie o pogodzie, zadajemy farmerowi pytanie, które nas tak nurtuje – gdzie my właściwie jesteśmy. Pod nos podtykamy mu irlandzką mapę OS w skali 1:50.000. Farmer dokładnie ją studiuje, po czym stwierdza, że … nie rozpoznaje tych terenów na mapie. Na nasze pytanie, jak zatem wrócić na przełęcz, z rozbrajającą szczerością odpowiada, że najłatwiej i najszybciej będzie wrócić tą drogą którą przyszliśmy. Jesteśmy załamani. Postanawiamy jednak ruszyć inną drogą, trochę dłuższą co prawda, ale niewymagającą wspinania się. Po godzinie dochodzimy do drogi jezdnej – to już 5-ta godzina naszej wędrówki (a miał to być krótki spacer). Na drodze spotykamy … pracowników Ordnance Survey Ireland, wydawców mapy, którzy właśnie odmalowują oznakowanie szlaków. Na moje utyskiwanie co do szlaku i jego braku na mapie wyciągają z samochodu … formularz reklamacji. Po prostu nas zatyka! Po chwili okazuje się, że szlaki, którymi dzisiaj szliśmy powstały dopiero w tym roku i nie zostały jeszcze naniesione na mapy. Jak pech to pech. Po wymianie uprzejmości ruszamy dalej – przed nami jeszcze prawie dwie godziny marszu. Jako, że nie mamy już wody ani jedzenia jemy jeżyny, które w olbrzymich ilościach rosną przy drodze (tam tego chyba nikt nie zbiera). Niestety drogą nie jedzie żaden samochód, więc szanse na podwiezienie są zerowe. Wreszcie po 7-dmej godzinie marszu docieramy do punktu wyjście. Po drodze znajdujemy stary owczy szlak, po którym w zamierzeniu mieliśmy się dzisiaj poruszać :-). Wskakujemy w samochód i … zatrzymujemy się w pierwszej miejscowości przy lokalnym sklepie. Do koszyka leci woda, Cola i wzmocnienie cukrowe w postaci ciastek i batonów. Posiłek bardzo nam smakuje. Jesteśmy tak wymęczeni dzisiejszym odpoczynkiem, że nie mamy już na nic siły. Wieczór spędzamy przed Piggery House pijąc wino i podziwiając widoki na okoliczne wzgórza i ocean.

Dzień szósty (czwartek)

Dzień szósty zapowiadał się słonecznie i ciepło, i jak się okazało, taka pogoda utrzymywała się przez cały dzień, aż do zachodu słońca. Dzisiaj wyjeżdżamy bardzo wcześnie – jeszcze przed wschodem słońca – czeka nas bowiem daleka droga – tzw. Kerry Ring oraz wizyta na wyspie Skellig Michael. Szybko pokonujemy drogę do Bantry i Glengarriff i zaczynamy wspinać się drogą N71 do Kenmare, gdzie rozpoczyna się Kerry Ring. Droga N71 na tym odcinku warta jest trudu kręcenia kierownicą – pnie się bowiem na przełęcz Caha, a widoki jakie się tam rozpościerają są po prostu zabójcze. Obecnie droga jest rozbudowywana (poszerzana) i jest miejsce, aby się zatrzymać. Oglądaliśmy tam niesamowity spektakl w postaci przebijającego się przez wzgórza słońca. Wokół pełno owiec, co potęguje jeszcze magię tego miejsca. Koniecznie trzeba się tam wybrać na czas tuż po wschodzie słońca. Śpieszymy się bardzo – przed nami daleka droga a łodzie na wyspę Skellig Michael odpływają tylko kilka razy w ciągu dnia. Podobnie jak Beara Ring, Kerry Ring także słynie ze zniewalających widoków. Rzeczywistość jeszcze bardziej nas urzeka – w zasadzie od Westcove do Ballybrack widoki są tak piękne, że aż zatykają dech. Postanawiamy tu wrócić później – teraz pędzimy do miasteczka Ballinskellig, skąd wypływa nasza łódź. Wczoraj, zawczasu zrobiliśmy rezerwację, jesteśmy zatem pewni, że miejsca na łodzi dla nas się znajdą. Docieramy na miejsce tuż przed 10 i okazuje się, że wypłyniemy dopiero o 11, gdyż musimy poczekać na przypływ. Postanawiamy ten czas spędzić na śniadaniu – udajemy się zatem na piękną piaszczystą plażę w Ballinskellig i w promieniach słońca zajadamy się irlandzkimi specjałami. Nad plażą lekko górują ruiny XVI wiecznego zamku rodziny McCarthys.

Wreszcie o 11 stajemy karnie na nabrzeżu. Jest nas łącznie 12 osób różnych narodowości – od Niemców po Izraelczyków. Nasz kapitan daje sygnał do odpłynięcia i powoli zaczynamy wychodzić z małego portu. Wody pod kilem mamy niewiele i po chwili łódź … staje na mieliźnie. Na nic zdają się próby zejście z mielizny. Wody jest po prostu zbyt mało. Sprawę rozwiązuje trójka Niemców, którzy ważąc tyle co 6 osób przechodzą na dziób łodzi i po chwili … już płyniemy. Jak na razie nie buja, ale nadal jesteśmy w zatoce. Opływamy mała wyspę Horse Island i kierujemy się na otwarte morze. Zaczyna się morska przygoda :-). Mijamy po woli wysokie klify, na których od czasu do czasu widać zagubiony domek z kamienia albo ruiny zamku. Po chwili stery przejmuje najmłodszy uczestnik wyprawy – na oko kilkunastoletni chłopak, a kapitan zabawia nas różnymi opowieściami. Zaczyna bujać. Znosimy to dzielnie, ale niektóre panie mają najwyraźniej dosyć tej zabawy. W oddali majaczą dwie strzeliste wyspy. Wyprawa w jedną stronę trwała ponad 2 godziny. Warto siedzieć na zewnątrz ponieważ ma się wtedy lepszy widok. Jeśli to możliwe, to warto też usiąść po prawej stronie burty – wtedy ma się piękny widok na zbliżające się wyspy.

Dwie godziny upłynęły nam bardzo szybko i oto jest – Little Skellig. Wyspa jest obecnie rezerwatem ścisłym i domem dla tysięcy, tysięcy ptaków – dosłownie. W miarę jak zbliżaliśmy się do wyspy hałas z tysięcy ptasich gardeł wibrował w naszych uszach i głowach, a zapach przypominał, że ta wyspa to także jedna wielka ptasia toaleta. I rzeczywiście – będąc już przy samej wyspie widać, że skały są wręcz oblepione ptasim guanem :-). Wrażenie jest jednak niesamowite – nigdy nie widzieliśmy w jednym miejscu tylu ptaków naraz – od razu stanęły mi przed oczami „Ptaki” Hitchcocka i poczułem się przez chwile trochę niepewnie. Powoli opływamy wyspę upajając się tym niezwykłym miejscem i nie zdając sobie sprawy, że jeszcze większe atrakcje czekają na nas na siostrzanej, nieco większej Skellig Michael.

Wysp nie dzieli zbyt duża odległość, stąd po dłuższej chwili jesteśmy już u wrót przystani. Może jest kapryśne i nasz kapitan ma trudności z dobiciem do nabrzeża, ale na szczęście wszystko kończy się dobrze i po chwili znowu stoimy na lądzie. Co prawda ląd ten ze wszystkich stron jest otoczony oceanem, ale lepsze to niż rozkołysany kawałek drewna i metalu, na którym tu przypłynęliśmy :-). Mamy dla siebie 3 godziny, a tyle cenniejsze, że jesteśmy ostatnią grupą na wyspie i w zasadzie mamy ją dla siebie na wyłączność (nie licząc obsługi dwóch latarni morskich i grupy archeologów). Rozpoczynamy mozolną wędrówkę na sam szczyt wyspy. Trzeba bowiem dodać, że wyspa wznosi się bardzo wysoko nad poziom morza (217 m), stąd też aby dotrzeć na górę i obejrzeć mnisi klasztor trzeba pokonać setki schodów. Ta wspinaczka jest przy tym trochę niebezpieczna, gdyż droga ostro pnie się pod górę, a schody (tam są same schody) są często śliskie. Na dodatek nie ma żadnych poręczy czy barierek, więc w razie upadku może polecieć ładny kawałek w dół. W każdym razie nie wyobrażam sobie wchodzić i schodzić po tych schodach po deszczu ;-(. Po kilkudziesięcio minutowej wspinaczce docieramy na szczyt. Przed naszymi oczami rozpościera się niesamowity widok na Little Skellig i wybrzeże Irlandii. Znowu nas zatyka!.

Po chwili docieramy do pozostałości po mnisiej obecności na wyspie. Trzeba bowiem dodać, że wyspa była zamieszkała już od bardzo dawna. Od VI do XII wieku na wyspie żyli chrześcijańscy mnisi, którzy w to odległe miejsce przybyli, aby zaznać spokoju. Niesamowite wrażenie robią ich cele, w których żyli, modlili się i zapewne umierali. Są ciemne, wilgotne, małe i niesamowicie depresyjne. Jeśli dodamy do tego szalejące na Atlantyku sztormy, wszechobecny wiatr i zimno oraz samotność, to mamy pełny obraz jakże „komfortowych” warunków życia w tamtych czasach. Na to wszystko nakładały się jeszcze od IX wieku liczne najazdy Wikingów, którzy mordowali mnichów lub brali ich w niewolę. Ostatecznie natura zwyciężyła dzielnych mnichów i najprawdopodobniej potężne atlantyckie sztormy zmusiły ich do opuszczenia wyspy.

Wracamy na stały ląd po kolejnej 2 godzinnej przejażdżce łodzią. Jest już późno i wiemy, że nie zobaczymy kilku ciekawie zapowiadających się zabytków w okolicach. Postanawiamy zatem udać się na półwysep Lamb’s Head na zachód słońca. Kiedy docieramy na miejsce słońce powoli chyli się ku zachodowi, a na horyzoncie majaczą Skellig Michael i Little Skellig. Zapowiada się nadzwyczajne widowisko i takim też się okazuje.

W drodze powrotnej, już po ciemku, gubimy drogę i po godzinnym błądzeniu obieramy wreszcie właściwy kurs. W domu jesteśmy bardzo późno w nocy.

Dzień siódmy (piątek)

To już przed ostatni dzień naszego pobytu w Piggery House. Po trudach dwóch poprzednich dni postanawiamy sobie odpocząć i nie jeździć zbyt daleko. Udajemy się zatem na targ rupieci do miasteczka Bantry, gdzie spędzamy miłe chwile. Znajdujemy także drogę na Mt. Gabriel i wjeżdżamy samochodem prawie na sam szczyt. Widoki są przepiękne, ale tuż obok szereg kamer przemysłowych broni dostępu na sam szczyt, gdzie znajduje się stacja radarowa NATO.

Mając dużo wolnego czasu postanawiamy jeszcze raz pojechać na Sheep’s Head i obejrzeć zachód słońca. Tym razem droga nie jest pokryta mgłą, więc możemy w pełni rozkoszować się widokami na podjeździe. Wkrótce idziemy już szlakiem ku latarni. Zachód nie zapowiada się spektakularnie, ale wciąż mam nadzieję na dobre zdjęcia. Dosyć mocno wieje. Wokół pustki – nie ma żywej duszy. Po ok. 40 minutach dochodzimy do latarni. Zachód horyzontu jest jednak pokryty chmurami i słońce jak na złość nie chce się przez nie przebić. Wiatr wzmaga się jeszcze bardziej. Ostatecznie się poddajemy i postanawiamy wracać. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie pod latarnią (które zresztą nie wyszło ponieważ zapomniałem o ustawionej korekcji na lampie) i już jesteśmy w drodze powrotnej. Mrok nadciąga bardzo szybko. Wiatr budzi różne dźwięki i nagle ogarnia nas lęk. Tak przyjaźnie wyglądające wzgórza i jeziora półwyspu nagle wydają nam się złowrogie. To miejsce skrywa w sobie jakąś tajemnicę – mówimy sobie i jakby na potwierdzenie tych słów znad pobliskiego jeziora unosi się płacz dziecka. Wokół nas nie ma jednak nikogo a całe jeziorko znajduje się w zasięgu naszego wzroku. Patrzymy na siebie wymownie i po chwili nogi niosą już nas szybciej, byleby do samochodu, byleby z dala od tego miejsca. Dźwięk ciągle słychać. Wreszcie dopadamy samochodu i szybko rejterujemy do domu. Co za przerażające miejsce!.

To już nasza ostatnia noc w Piggery House – jutro jedziemy dalej. Wieczór schodzi nam na pakowaniu się i ustalaniu dalszej trasy podróży.

Dzień ósmy (sobota)

W sobotni poranek, po niezobowiązującej rozmowie z opiekunem domu ruszamy do słynnego parku narodowego Killarney. Słynnego oczywiście z niezapomnianych widoków. Szybko pokonujemy dzielące nas od granic parku kilometry jadąc po części znaną już trasą przez przełęcz Caha (znowu widoki są tak piękne, że człowiek chciałby się zatrzymać na drodze i już nigdzie dalej nie jechać). Po krótkiej podróży docieramy do przedmieść parku – Moll’s Gap, skąd rozpościerają się widoki na nieodległe wzgórza. Od czasu do czasu na tle wzgórz pojawia się mały zabłąkany dom, który wygląda jak mała zagubiona owieczka oddzielona od swojego stada :-). Wieść gminna niesie, że rejon Killarney to bardzo skomercjalizowana część Irlandii. Być może tłumy turystów można tam spotkać latem, natomiast we wrześniu było ich tam naprawdę niezbyt wielu, szczególnie że trwała słoneczna sobota. Z Moll’s Gap powoli zbliżamy się do administracyjnego centrum parku – miasteczka Killarney, stając po drodze na dwóch przepięknych punktach widokowych – m.in. Ladies View. Miejsce swoją nazwę zawdzięcza arystokratkom, które zatrzymały się tu oczekując na królową Wiktorię podczas jej wizyty w Irlandii w 1861 roku. Widoki są przepiękne i dają przedsmak tego, czego można się spodziewać po dalszej części parku. Po drodze zatrzymujemy się przy wodospadzie Torc. Jak zdradził mi Tajwańczyk, którego spotkałem kilka dni później, warto wejść powyżej wodospadu (po ścieżce), gdzie dociera niewiele osób – stamtąd wodospad wydaje się podobno jeszcze piękniejszy. Niestety sam tego nie sprawdziłem, gdyż jak większość z odwiedzających to miejsce osób zatrzymaliśmy się przy podstawie wodospadu. I tak wodospad zrobił na nas duże wrażenie – ładnie się komponował w otaczającej go zieleni. Warto też zatrzymać się w Muckross Abbey – ruinach opactwa z XV wieku.

Park, z punktu widzenia Irlandii, jest miejscem niezwykłym z jeszcze jednego powodu – jest bowiem częściowo porośnięty lasem. Nam Polakom może wydawać się to śmieszne, w końcu lasów u nas dostatek, ale w Irlandii, w wyniku rabunkowej gospodarki setki lat wcześniej praktycznie nie ma lasów – statystycznie jedynie 5% powierzchni Irlandii jest pokryta drzewami. W wielu jednak takich miejscach, to co widzimy wcale nie wygląda na las – co najwyżej jakiś zagajnik:-). Trochę szkoda, z drugiej jednak strony mają przepiękne wybrzeża – chętnie bym się powymieniał, tak aby w Polsce móc cieszyć się i z lasów i ze skalistych wybrzeży :-).

Wracając jednak do parku – wkrótce oglądamy zamek Ross. Zamek to w gruncie rzeczy nic specjalnego – klockowata bryła otoczona murem z jednej strony a wodą z drugiej strony, ale bardzo miło jest sobie posiedzieć nad brzegiem jeziora i popatrzeć na niedalekie wzgórza w tym Macgillycuddy’s Reks. Gdzieś tam znajduje się też najwyższy szczyt Irlandii – Mt. Carrantuahil o wysokości 1041 m. Niby nie dużo, ale należy pamiętać, że jesteśmy prawie na poziomie morza, więc różnica wysokości jest spora. W każdym razie szczyty i wzgórza znad Dolnego Jeziora (Lower Lake/Lough Leane) prezentują się bardzo okazale (nie muszę dodawać, że pogodę mieliśmy fantastyczną i po deszczu nie było śladu :-). Z samym zamkiem Ross wiąże się bardzo ciekawa historia – przepowiednia głosiła, że zamek można było zdobyć jedynie od strony jeziora. Kierując się tą przepowiednią, jeden z XVII-wiecznych angielskich generałów przetransportował na Dolne Jezioro pływające baterie dział. Obrońcy, widząc, że przepowiednia jest bliska spełnienia poddali zamek nie podejmując dalszej walki. Na marginesie należy dodać, że zamek od strony lądu opierał się atakującym już od wielu miesięcy. I w ten sposób przepowiednia się spełniła :-). Warto powłóczyć się w okolicach zamku wśród wielokolorowych łódek i konnych zaprzęgów. Stąd też można nająć łódź na wodną przejażdżkę.

Planowaliśmy spędzić w parku cały dzień i wybrać się na rowerowo-wodną wycieczkę do punktu spotkań trzech jezior (Meeting of the Waters). Niestety nie udało nam się zrealizować tych planów ze względu na jedna bardzo złą irlandzką osę, która wbiła się mojej Żonie w ramię. Pomimo natychmiastowego wyciągnięcia wciąż pulsującego żądła, po chwili ręka Żony nie wyglądała dobrze i musieliśmy zrezygnować z dalszej wycieczki po parku. Z wcześniejszych internetowych analiz wynikało, że warto wybrać się na Gup of Dunloe (rowerami albo pieszo ponieważ nie można tam podjechać samochodem) oraz na punkt widokowy przy miasteczku Aghadoe, skąd rozpościera się panorama Killarney i Dolnego Jeziora.

Z żalem zostawiamy za sobą przepiękny park i udajemy się do celu naszej dzisiejszej podróży – półwyspu Dingle, ojczyzny języka Gealic. Trzeba powiedzieć, że na ten półwysep trzeba przeznaczyć co najmniej kilka dni – jak tak piękny i tak różnorodny, że te niepełne dwa dni, jakie tam spędziliśmy okazały się zbyt krótkim okresem. Pozostał niedosyt i na pewno kiedyś ponownie przyjedziemy w to miejsce na dłuższy okres.

Trasa nie zabiera nam zbyt wiele czasu i po niespełnie godzinie zatrzymujemy się nad jeziorem Anscaul (Lake Anscaul). Droga do tego jeziora nie jest zachęcająca, ale naprawdę warto tam się wybrać (pod warunkiem, że dzień jest słoneczny). Do dzisiaj jesteśmy zauroczeni tym miejscem – opisać je będzie trudno: jezioro nie jest zbyt duże, ale jest położone pomiędzy dwoma bardzo wysokimi i urwistymi wzgórzami. U podnóża samego jeziora jest parking, gdzie można zostawić samochód. Warto wspiąć się na jedno z tych wzgórz, aby podziwiać przepiękne widoki. Kolorytu dodaje historia jaka wiąże się z tym miejscem. Nazwa jeziora pochodzi od żeńskiego imienia Scaul. Pewnego dnia Scaul przesiadywała nad jeziorem kiedy usłyszała głos swojego kochanka wzywającego pomocy. Kochanek został zraniony w walce na szczycie wzgórza. Nie namyślając się zbyt wiele rzuciła się do wody i przepłynęła jezioro aby pomóc rannemu kochankowi. Kiedy jednak dotarła na brzeg jeziora uznała, że echo wprowadziło ją w błąd i ranny kochanek znajduje się po drugiej stronie jeziora. Popłynęła zatem z powrotem. I tak przepływała z brzegu na brzeg wiele razy aż opadła z sił i utonęła. Znałem jeszcze inną historię związaną z tym miejscem, ale muszę sobie przypomnieć jej szczegóły.

Powoli dzień zbliżą się ku końcowi, stąd też z jeziora Anscaul udajemy się wprost do miasteczka Clogham, gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Po drodze czeka nas jeszcze przejazd przez przełęcz Connor (Connor Pass), która jest najwyżej położoną przełęczą w Irlandii. Droga jest oczywiście kręta i wymaga trochę uwagi, ale widoki są spektakularne. Na nasze szczęście zarówno przed nami jak i za nami rozgrywało się widowisko pod tytułem światło i cień (chmury i słońce) i to co widzieliśmy lekko nas oszołomiło. Na nasze nieszczęście, aż do samej przełęczy nie ma możliwości zatrzymania samochodu, stąd też pozostało nam jedynie niemo wpatrywać się w piękno przyrody – nic nie zostało utrwalone na kliszy. Dopiero na samej przełęczy, na dużym parkingu jest miejsce, aby wyciągnąć aparat i trochę pokadrować. Światło już jednak nie to. Przed nami wznosi się szczyt Mt. Brandon, który mamy zamiar zdobyć w następnym dniu. Po nasyceniu się widokami, zjeżdżamy do miasteczka Cloghan, gdzie meldujemy się w recepcji przytulnego schroniska. Zjadamy kolację w przydomowym ogrodzie mając wspaniałe widoki na otaczające nas zielone wzgórza, po czym udajemy się na … pobliską plażę nad zatoką Brandon (Brandon Bay). Dzień się jeszcze nie skończył i na plaży spędzamy trochę czasu mając widok na Mt. Brandon i inne otaczające go góry. Słońce wciąż walczy z napływającymi chmurami, ale wszystko wskazuje na to, że ostatecznie przegra. Z plaży przegania nas jednak nadchodzący przypływ, który w krótką chwilę szeroką na kilkanaście metrów plaże przekształcił w wąski pas piachu tuż przy wydmach. Robiąc zdjęcia na plaży co chwila musiałem przenosić się w inne miejsce, gdyż wody było coraz więcej. To uświadomiło mi jak łatwo można zostać odciętym przez przypływ. Brrrr.

Zaczyna się najprzyjemniejsza część każdego wieczoru, czyli kolacja i rozmowy nad kuflami Guinnessa :-).

Dzień dziewiąty (niedziela)

Niedzielne plany były bardzo ambitne – wstać wcześnie rano i wdrapać się na Mt. Brandon. Krótko po wschodzie byłem już na przełęczy Connor (Connor Pass), skąd miałem nadzieję podziwiać wschód Słońca. Niestety pogoda trochę pokrzyżowała moje plany, podobnie jak układ wschodzącego Słońca i samych gór. Stąd też fotograficznie nienasycony wróciłem do Cloghane, gdzie moja Żona smacznie jeszcze spała.

Po pysznym śniadaniu i rozważeniu plusów i minusów postanawiamy jednak zrezygnować ze wspinaczki na Mt. Brandon. Pogoda jest niepewna. Co chwila siąpi deszcz, jest bardzo wietrznie, a sam szczyt jest schowany w chmurach. Dzięki tej decyzji mamy więcej czasu na zwiedzanie samego półwyspu Dingle. Wskakujemy zatem w samochód i przez przełęcz Connor (Connor Pass) po chwili jesteśmy w uroczym miasteczku Dingle. Dalej zwiedzamy Dunbeg Fort (kupa kamieni nad urwiskiem ;-) i podziwiamy piękną linię brzegową w kierunku Slea Head i wyspy Great Blasket. Niestety pogoda nas nie rozpieszcza i najwyraźniej nie jest to dzień na kolorową fotografie. Tak więc tym razem robię czarno-białe slajdy, które w sam raz nadają się na taki pochmurny dzień.

Przy którymś z kolei postoju, kiedy wpatrywałem się w linie brzegowa i niedaleki skalisty półwysep szukając ciekawych kadrów, podszedł do mnie (jak się okazało później) Tajwańczyk. W rękach trzymał … wielki format (aparat). Z naszej rozmowy dowiedziałem się, że czeka na odpowiednie warunki w tym miejscu już piąta godzinę (żona tymczasem śpi w samochodzie) i nie może zrobić tego jednego wymarzonego zdjęcia, gdyż wiatr jest za silny i cały aparat po prostu się rusza. Poza tym nie może się też doczekać światła. Oczywiście nie mogłem się oprzeć i pobawiłem się trochę wielkim formatem – fajna rzecz. Ostatecznie namówiłem go na czarno-białe zdjęcia jego średnio-formatową Mamiyą – jestem bardzo ciekawy, czy coś z tego wyszło. Na odchodnym zrobiłem jeszcze jedną klatkę na kolorowym slajdzie. Ruszamy dalej poznawać uroki malutkich miasteczek. Absolutny hit fotograficzny półwyspu Dingle to właśnie Slea Head oraz Sybil Point (do którego niestety nie dotarliśmy) oraz droga pomiędzy tymi punktami. Szkoda, że pogoda była niesprzyjająca. Następnym razem przyjedziemy tu na cały tydzień.

Przed nami jeszcze długa droga do miasteczka Doolin, powoli z żalem opuszczamy zatem półwysep Single kierując się na północ. Zbaczamy trochę z drogi, aby przyjrzeć się okrągłej wieży Rattoo (Rattoo Round Tower) i po promowej przeprawie, przekraczamy granice regionu Clare (County Clare). W planach mamy zachód na półwyspie Loop Head, skąd rozpościerają się podobno przepiękne widoki na Ocean Atlantycki. Postanawiamy jednak jechać od razu do Doolin, a później na klify Moher (Cliffs of Moher) licząc na piękny zachód. Klify robią na nas ogromne wrażenie – to prawie 200 metrów pionów w dół i 8 mil długości, a człowiek może położyć się na ich granicy i obserwować jak fale rozbijają się u ich podnóża. Niestety już niedługo całe klify zostaną ogrodzone w ramach prowadzonych prac remontowych; zostaną też podjęte starania, aby na nowo wprowadzić na klify ptaki, które uciekły stamtąd w wyniku ingerencji człowieka. Tym bardziej cieszymy się, że udało nam się zobaczyć klify jeszcze bez pełnego ogrodzenia, wsłuchać się w szum fal i obejrzeć przecudny i niezapomniany zachód słońca. Ale po kolei.

W dniu naszego przyjazdu do Doolin, zachodu Słońca niestety nie było. Byliśmy jednak pod wrażeniem samych klifów, ich wysokości i wielkości. To po prostu trzeba zobaczyć. Nie dziwię się, że klify są w planie każdej wycieczki, która pojawia się w tamtych rejonach. Warto tam spędzić trochę czasu i przejść się wzdłuż klifów na długi spacer do wieży O’Brien (O’Brien’s Tower). Patrząc na klify czuliśmy potęgę natury, a zwłaszcza oceanu, który zapewne od tysięcy lat zachłannie, kawałek po kawałku połyka kawałki wyspy. W dole, podczas odpływu, widać kawałki skał, które oderwały się od urwiska w wyniku działania wiatru i oceanu. Myślę też, że warto wykupić bilety na rejs wzdłuż klifów – widoki muszą być niesamowite.

W miasteczku Doolin, które leży niedaleko klifów zaplanowaliśmy spędzić dwie noce penetrując nie tylko klify, ale także okoliczne nagie wzgórza zwane The Burren i ich prehistoryczne zabytki. Samo miasteczko nie wzbudziło naszego zachwytu – trzeba jednak pamiętać, że jest słynne ze swoich muzycznych pubów. Potwierdziło się to w pełni – polecamy zwłaszcza pub O’Connor’s i jego koncerty na żywo.

Dzień dziesiąty (poniedziałek)

Następnego dnia rano pogoda nie zachwyca – chmury. Niezrażony wstaję skoro świt i jadę na klify. Wiem, że klify wystawione są w kierunku zachodnim, ale liczę na jakieś świetlne anomalie :-). Niestety słońce się nie pojawia i niepyszny wracam do naszego schroniska. Po leniwym śniadaniu ruszamy w głąb the Burren. Pogoda wyraźnie się poprawie, pojawia się słońce, a my oddajemy się prehistorii. Trzeba bowiem powiedzieć, że the Burren to aktywne miejsce życia ludzi już jakieś 6000 lat temu. Obecnie w the Burren znajduje się ponad 5000 miejsc o znaczeniu archeologicznym, a najważniejszym z nich jest doskonale zachowany Poulnabrone Dolmen, który najprawdopodobniej pełnił funkcję pogrzebowe. Wśród licznych wzgórz (the Burren to przede wszystkim nagie skaliste wzgórza) warto wybrać się na Corkscrew Hills, z których roztaczają się przepiękne widoki. Warto też usiąść na kawie w miasteczku Ballyvaughan, zwiedzić opactwo Corcomroe (Corcomroe Abeby). Jeśli chcecie ciszy i spokoju to takim miejscem jest dolina Oughtmama – po godzinnej pieszej wycieczce można dotrzeć do ruin kościołów, choć akurat nie to jest tutaj najważniejsze, ale cisza, spokój i wspaniałe widoki (przy czym jest bardzo trudno zaparkować przy wejściu do samej doliny). The Burren jest bardzo popularnym miejscem pieszych wycieczek, szczególnie wśród starszych Irlandczyków. Jego wzgórza nie przedstawiają większych trudności technicznych, a po drodze można natknąć się na wiele historycznych zabytków począwszy od ruin kościołów i domów, a skończywszy na kryptach pogrzebowych. W okolicach jest też kilka zamków – niestety taki Leamanegh Castel jest własnością prywatną i jest zamknięty dla zwiedzających. Podobnie ma się wieża zamkowa pomiędzy Doolin a klifami Moher – została przerobiona na mieszkanie (widoki z tej wieży muszą być fantastyczne, gdyż sama wieżą położona jest na wzgórzu z widokiem na ocean i wyspy Aran).

Na obiad udaliśmy się do malowniczego miasteczka Liscannor, w którym kolorowe fasady domów odbijają się w mokrych piaskach długiej i wspaniałej plaży. Oczywiście, aby tradycji stało się zadość, musiałem się wykąpać w oceanie :-). Woda była zimna, ale sama kąpiel dała mi wielką frajdę.

Wreszcie postanawiamy ponownie udać się na klify Moher licząc na jakieś dobre światło. Niestety okazuje się, że droga od Hag’s Head jest już zamknięta zarówna dla pieszych jak i samochodów i nie można legalnie dostać się na klify Moher od strony miasteczka Liscannor. Musimy zatem wrócić aż pod same Doolin i stamtąd przyjść na klify. Przybywamy trochę za wcześnie i po krótkim spacerze siadamy nad samym brzegiem oddając się komplementacji. Obserwujemy też zachowania licznych Polaków, którzy przybywają nad klify często całymi rodzinami. Niestety te obserwacje nie napawają nas optymizmem. Przekleństwa w zasadzie ciągle wirują w powietrzu. Przykre. Czy naprawdę to takie trudne zachować choć trochę kultury osobistej?

Powoli coś tam się przeciera na horyzoncie, ale znad lądu zaczynają napływać deszczowe chmury. Po chwili pada ciepły przyjemny deszcz. Postanawiamy wrócić, ale po drodze zmieniamy zdanie (dzięki Żonie :-) i pomimo tego lekkiego deszczu zostajemy. I to był strzał w dziesiątkę. To co zafundowała nam za godzinę Matka Natura o zachodzie słońca na długo zapadło nam w pamięć. Kolory klifów zmieniały się jak w kalejdoskopie. Zresztą zobaczcie sami.

Dzień jedenasty (wtorek)

W poniedziałek żegnamy się z wybrzeżem Irlandii, które wywarło na nas tak niesamowite wrażenie i kierujemy się ku centrum wyspy. Noc mamy zamiar spędzić w miasteczku Kilkenny słynącym z czerwonego piwa. Po drodze zahaczamy o Clonmacnoise, które odgrywało kiedyś w Irlandii taką rolę jak Gniezno w Polsce za początków chrześcijaństwa. W Clonmacnoise warto zatrzymać się na dłużej i dokładnie poznać tamtejsze zabytki. Polecamy też wynająć przewodnika, który ciekawie potrafi opowiedzieć o historii tego miejsca i jego religijnego znaczenia dla wyspy. Wreszcie warto obejrzeć półgodzinny film poświęcony Clonmacnoise (my trafiliśmy na wersję francuską :-).

Późnym popołudniem docieramy do miasteczka Kilkenny. Śpimy we wspaniałym b&b z dobrym pożywnym śniadaniem i bardzo miłą atmosferą (blisko centrum). Spacerujemy trochę po samym miasteczku, zwiedzmy zamek, robimy pranie i … pubujemy. Ogólnie czas pędzamy na takim miasteczkowym lenistwie nie zaprzątając sobie zbytnio głowy czasem i zwiedzaniem. Oczywiście próbujemy lokalnych trunków :-).

Ostatnie dni

Kolejny dzień to już koniec naszej objazdowej wycieczki. W planach mamy opactwo Glandalought i powrót do Dublina, gdzie zdajemy samochód. Niestety tym razem pogoda jest okropna – ciągle pada rzęsisty deszcz, który zmusza nas do rezygnacji ze zwiedzania opactwa. Przyjeżdżamy do Dublina, odnajdujemy nasze schronisko i jedziemy zdać samochód. Po przerażającej dla mnie jeździe przez Dublin w ścianie spadającej z nieba wody i po przezwyciężeniu mądrości Budżet Car, które w Dublinie ma swoją wypożyczalnię samochodów w takim miejscu, w którym nie można nigdzie zaparkować (szukaliśmy tego miejsca chyba ze 30 minut), wreszcie mogę odetchnąć jako kierowca. Te dwanaście dni za kierownicą trochę już mnie zmęczyło, tym bardziej, że cały czas musiałem uważać na właściwą stronę drogi. Ogólnie jednak sama jazda była dosyć przyjemna i przez cały nasz pobyt nie natrafiliśmy na żadnych piratów drogowych, których tak wielu jeździe po polskich drogach.

Sam Dublin nas nie zachwycił, tak jak tego oczekiwaliśmy. Spędziliśmy tutaj połowę środy, czwartek i piątek zwiedzając, myszkując po różnych dzielnicach, tropiąc zajadle różnokolorowe drzwi, pijąc Guinnessa i oddając się zakupom. Po tym czasie trochę żałowaliśmy, że nie pojechaliśmy jednak dalej np. na wyspy Aran i rejon Connemara, ponieważ Dublin jest dobry na weekend, a połączenie z Poznaniem umożliwia obecnie takie weekendowe wypady w każdym momencie. Być może też po tygodniu obcowania z przyrodą miasto trochę nas przytłoczyło.

I tak w sobotę rano, po nocy spędzonej na lotnisku, stawiliśmy się na odprawie (pani Polka za swoim biurkiem przywitała nas soczystym k …) i po kolejnych kilku godzinach wylądowaliśmy w Poznaniu. Nasze irlandzkie wakacje się zakończyły – zostały wspaniałe wspomnienia, obrazy, dźwięki i zapachy i mocne postanowienie, że musimy tam jeszcze wrócić :-). No i zostały slajdy.

Informacje praktyczne

Spanie: warto wynająć cały dom na tydzień. Jest to tańsze rozwiązania niż b&b, ma się do dyspozycji cały dom. My korzystaliśmy z angielskiej agencji Shamrock Cottage i możemy ją śmiało polecić. Zaletą tego rozwiązania jest także to, że za dom płaci się z góry co pozwala rozłożyć koszty wyjazdu na dłuższy okres.

Podczas drugiego weekendu korzystaliśmy ze schronisk oraz b&b. Możemy je polecić: czysto, przyjemnie, cicho i wygodnie:

– Cloghan (półwysep Dingle) – Mt. Brandon Hotel;
– Doolin (County Clare) – Doolin Hotel;
– Kilkenny – b&b;
– Dublin – Harrington House.

Mapy i przewodniki: korzystaliśmy z mapy drogowej Adac (1:350.000) oraz z map kartograficznych wydanych przez Ordenance Survey Ireland (seria Discovery, 1:50.000). Dla parku narodowego Killernay polecam inną mapę wydaną przez Ordenance Survey Ireland, ale w skali 1:25.000.

Jeśli chodzi o przewodniki to korzystaliśmy z fantastycznego przewodnika Lonely Planet „Irlandia” oraz z dwóch przewodników autorstwa Sandry Bardwell poświęconych półwyspowi Dingle i Kerry Way („The Dingle way” oraz „The Kerry Way”). Wszystkie te pozycje są do nabycia na angielskim Amazonie.

Koszty: nie ma co ukrywać – Irlandia nie należy do tanich krajów. Powiedziałbym nawet, że jest z tych droższych. Wydatki to sprawa indywidualna, ale nie należy się nastawiać na tanie wakacje.

Samochód: Do Irlandii warto polecieć samolotem i samochód wypożyczyć na miejscu. Jak sprawdziłem, jest to tańsza i wygodniejsza opcja, nie traci się bowiem czasu na przejazd przez pół Europy i całą Anglię. Promy do Anglii i do Irlandii są drogie i zajmują cenny czas. Po wylądowaniu w Irlandii człowiek jest rześki i wypoczęty – taki stan jest zapewne niemożliwy po przejechaniu drogi do Irlandii lądem.

Tags:

Comments are closed.

© 2016 Łukasz Kuczkowski | Zaloguj się | Odwiedzin: